ligaturka
26.04.14, 17:10
Mam narzeczonego który ma syna z poprzedniego związku. Syn mnie ubóstwia, ale fakt faktem nie krzyczę na niego, nie wymagam, nie chcę pogorszyć stosunków ojca z synem będąc tą wymagającą macochą. Dziecko ma 10 lat i ma jakiś mix ADHD i Aspergera i ponadto jest hipochondrykiem przewrażliwionym na swoim punkcie. To nie żart. Patrząc się z boku jest po prostu fochowatym dzieckiem, które robi co mu strzeli do głowy, w tym takie rzeczy, które są niebezpieczne dla niego. I dlatego nie chcę z nim zostawać sam na sam. Tak naprawdę będąc z nim, nie zajmie się sam sobą, tylko potrzebuje ciągłej atencji plus trzeba uważać aby sobie nic nie zrobił np. przy balkonie. Od początku mówiłam narzeczonemu, że nie będę z nim zostawała, bo to jego dziecko i jego odpowiedzialność. Mój M. będąc z rodzicami w wkndy lubił sobie "wyskoczyć" zostawiając dziecko u swoich rodziców aby np. pójść na rower. Nie chciałam aby było to samo ze mną. A dzisiaj właśnie wmiksowano mnie tak: mnie nie było, mój coś musiał załatwić i wyszedł zostawiając dziecko ze swoją matką, która przyszła w odwiedziny podczas mojej nieobecności. Wróciłam i się okazało, że mój wyszedł. Po 10 minutach teściowa stwierdziła, że idzie i zostawiła mnie samą z dzieckiem mimo moich protestów. Oczywiście jak wrócił mój powiedziałam mu, że nie tak się umawialiśmy, i jak zostawia dziecko pod opiekę babci, to ona powinna poczekać, aż ojciec dziecka wróci. On na to, że "przecież wiedziałam, że ma dziecko", i że "widocznie nie jestem gotowa na rodzinę". Przecież to jego dziecko! Zastanawiam się, czy to ma sens. Ja nie czuję się na siłach aby się nim zajmować nawet pół godziny - nie słucha nikogo, a poza tym były już dwa incydenty, gdzie mi po prostu uciekł, w związku z czym z wspólnych wakacji też się już wypisuję.