sniezka1602
29.04.14, 15:20
Potrzebuję obiektywnego spojrzenia na sprawę.
W skrócie - mam 29 lat, po studiach, mieszkam w dużym mieście, wynajmuję z koleżanką mieszkanie, praca na umowę o pracę na czas nieokreślony, w dużej instytucji, w zawodzie, zarobki 2500/rękę, mam laptopa, rower;), trochę podstawowego sprzętu domowego i oszczędności rzędu kilkunastu tysięcy.
To tak w skrócie - w ramach kontrastu do tego, co poniżej...
Mój brat był narkomanem, leczył się w różnych ośrodkach, moja jedna babcia oddała swoje dziecko do adopcji, mój dziadek był alkoholikiem i był przez to w zakładzie psychiatrycznym, moja druga babcia zapisała dom wielorodzinny, w którym mieszkali moi rodzice na swojego syna, a mojego wujka, który to wyrzucił moich rodziców z domu.
W czasach studenckich i wczesnych postudenckich w zasadzie nie zdawałam sobie sprawy z problemów rodzinnych, zresztą części z nich jeszcze wówczas nie było, tak więc mimo różnych moich "odpałów';) nie miałam jakichś większych problemów z randkowaniem, spotykaniem się z facetami. Nie byłam nigdy w jakichś długich związkach, raczej były to kilkumiesięczne znajomości, ale kilka się przytrafiło, raczej na krócej niż dłużej. Nigdy żadnemu z nich nie opowiadałam szczegółowo o problemach w rodzinie. Nigdy nikomu nie opowiadałam szczegółowo o problemach w rodzinie. To zawsze był dla mnie temat tabu, zbywałam go, mówiłam ogólnie.
Ostatni chłopak to 2-letnia relacja na odległość, z wieloma problemami, zakończona wyjściem na jaw jego notorycznych poszukiwań coraz to nowych zdobyczy. Usłyszałam od niego, że jego rodzina jest normalna i on nie chce być częścią mojej rodziny. Dużo innych, przykrych słów padło, zarówno od niego, jak i ze strony jego znajomych, niekoniecznie zawsze wprost, ale poprzez aluzje. Bardzo to przeżyłam.
Po rozstaniu w moim życiu nastąpiło bardzo dużo różnych zmian, przeprowadziłam się do innego miasta, znalazłam nową pracę, zerwałam kontakt z wieloma znajomymi z poprzedniego miejsca, poznałam mnóstwo innych, nowych, ale też pojawił się nowy, jeden z powyżej opisanych problemów rodzinnych.
A ja zupełnie straciłam jakąkolwiek pewność siebie w relacjach z mężczyznami. Po prostu przestałam się z nimi spotykać, zupełnie. Zajęłam się zupełnie innymi sprawami, pracą, zaczęłam chodzić na fitness, bardziej o siebie dbać, aktywnie spędzać czas, wychodzić na rower, do kina, więcej gotować, pielęgnować nowe znajomości, także z facetami, ale tylko w koleżeńskiej formie. Zupełnie zamknęłam się na facetów, zapomniałam już jak to jest być w związku, czuję się, choć nie wiem nawet, czy mam prawo się tak czuć, jak osoba po przejściach.
Boję się związków. Boję się opowiadania powyższych historii, boję się, że potencjalny facet tego nie zaakceptuje, boję się słów, że może sobie znaleźć lepszą, z lepszej, normalnej rodziny. Najbardziej boję się niezrozumienia, tego, że ktoś bez podobnych przejść nie będzie mógł zrozumieć wielu moich zachowań, leków, itp. Boję się spadku zaangażowania i oddalenia z jego strony na wieść o moich problemach.
Boję się też kolejnych problemów, bo jak widać raczej jesteśmy jako rodzina naznaczeni, które on musiałby znosić.
Nie wiem w ogóle, czy ktokolwiek mógłby się na poważnie i na dłużej zainteresować osobą z takimi doświadczeniami.
To z jednej strony. A z drugiej - nie chcę nadal być samotna, przecież jestem w miarę ogarniętą życiowo osobą, mam wiele zalet.
Macie jakieś pomysły, jak sobie z tym poradzić?
Będę wdzięczna za rzeczowe komentarze.