ma_nowy
22.06.14, 00:30
Hej
Jesteśmy małżeństwem od 7 lat, mamy 4 wspaniałych dzieci, wybudowaliśmy dom za miastem, oboje pracujemy w całkiem fajnych miejscach.
Wydawałoby się git jest. Ale nie jest. Praca, dojazdy, dzieci - młyn jest konkretny.
Zaczynamy, a żona twierdzi że sinusoidalnie powracamy do osamotnienia w tym całym młynie.
Żona teraz jest z najmłodszym dzieckiem w domu, a ja ogarniam logistykę dzieci i pracuję. Zimą wyjeżdżamy ciemno, wracamy ciemno. Widzimy się ze 2-3 godziny dziennie, jak są siły do pogawędki (często nie ma). Zanim opędzimy ten cały ambaras wieczorem, wiadomo. Żona twierdzi, że musi iść spać o 21, bo wstaje do dziecka i będzie nieprzytomna jutro. Czatu w ciągu dnia nie będzie używać, bo to takie nieludzkie. No i tak się rozmijamy - niby nikt nic nikomu nie robi, ale jakoś wysycha.
Tak wiem randki trzeba sobie robić... 4 dzieci zostaw niani... tia...
Mimo, że oboje pracujemy od czasu wybudowania domu i ciągłego urządzania go nie mamy żadnych oszczędności. Żadnego szału zakupowego nie ma, na żadne wycieczki zagraniczne nie jeździmy ( moja to wina, twierdzi żona) - słowem - cienko nie jest, kokosów nie było nigdy. Otrzymany za czasów budowy debet ciągle używamy - od 2tys na minusie po 2 na plusie i znów 3 na minusie... ciągle na minusie mniejszym lub większym. Przy urządzaniu domu często tak bywa - każdą ilość gotówki można upłynnić, bo tak jest jeszcze dużo do zrobienia.
Ja, jako facet średniowieczny biorę na klatę trochę więcej roboty niż normalny człowiek powinien, a że jestem grafikiem to zlecenia robię po nocach. Po wielu kłótniach na temat samotnego zasypiania wymyśliłem wstawanie o 3 w nocy, żeby wieczór z żoną spędzić coś oglądnąć, wspólnie zasnąć, a rano od 3 do 7 coś jeszcze zrobić i wycisnąć z doby.
Generalnie staram się.
Kwiatek czasem kupię bez okazji, coś ugotuję jak mam czas, dzieci ogarniam chętnie i często - mi się wydaje że do tańca i do różańca. Może seksu za mało daję żonie :) Żonie właściwie też nie mogę niczego wielkiego zarzucić - dziewczyna całkiem poukładana, może deko zbyt konserwatywna, atrakcyjna, w miarę pracowita, no git.
Ale charakterek miewa i zderzeniu z moim chłopskim rozumowaniem - zarób, odkuj się i do przodu - jakoś kulejemy.
To ja jestem ten "na ziemi" - przelewy, bilingi, dokumenty, mechaniki, baseny i dentystki. Mimo iż żona pracuje nie rozumie, że wydajemy trochę więcej niż zarabiamy. Nie chce się ograniczać (dramat w tym, że nic takiego strasznie głupiego finansowo nie robimy), nie chce przeanalizować wydatków, po prostu zmień albo zorganizuj sobie chłopie pracę jakoś, żebyś po nocach nie siedział.
Ideał mojej pracy wg żony to - koniec o 15, zarobki ok 10 tys, etat, socjal, czas dla rodziny. Też bym tak chciał.
Ja wiem, że dzieciom ojca nie nadrobią żadne ipady, wiem że czas wspólnie spędzony jest bezcenny, ale też wiem (w przeciwieństwie do żony) że mamy ciągły deficyt kasy - debet ciągle na użyciu, oby to się nie zapętliło głębiej.
W ostatnim miesiącu z tego poczucia misji wziąłem znacznie więcej roboty na głowę i faktycznie zostawałem w pracy na noc, spałem po 3 godziny na dobę, wracałem nad ranem, żeby dzieci odwieść. Faktycznie sporo mniej mnie było, ale wyszliśmy na spory plus na koncie - to nowość od roku.
Ucieszyłem się, głupi, prostak. Pochopnie.
Żona mi tu wyjeżdża,
że to już szczyt mojego chamstwa,
że ona już tak dalej nie może żyć i
że nie piszę czy wrócę o 22 czy o 5 rano,
że jak tak dalej będzie to niech ja się wyprowadzę do tej swojej pracy,
Zbeształa mnie po raz kolejny od najgorszych, trzaskanie drzwiami, jazz konkretny.
Tu nie chodzi o tę konkretną sytuację, ale ogólny narastający problem życia obok siebie, mimo że się gra w jednej drużynie.
Wpadam w to forum w nadziei znalezienia jakiegoś potwierdzenia dla moich albo żony odczuć.
Czy moja żonka przesadza?
Ja mam wrażenie, wypełniam pierwotny psi obowiązek- żeby zarobić na co trzeba.
Ona, wydaje mi się walczy o jakość tego naszego życia, choć ciągle podstawy finansowe naszych potrzeb kuleją.
Wiadomo coś za coś.
W czasach gdy ponoć mało normalnych facetów, a kobiety walczą o partnerów alkoholików, czuję jakbym non stop dostawał po mordzie niezasłużenie.
Bo czy ja wracam nad ranem z balangi spity i zeszczany? Czy ja robię żonie jazdy( no, jak mnie bezpodstawnie najeżdża to robię:P )? Czy ja mam w dupie obowiązki, dom, dzieci? Czy jakimś ostatnim burakiem bez empatii i horyzontów jestem? NO NIE.
Żonie się jednak cały czas wydaje, że potrzebuje czegoś więcej - zasługuje na coś extra - czulszego męża, wycieczki po świecie, jakieś odziedziczone mieszkanko. No jakieś notoryczne niespełnienie, syndrom zielonej trawy sąsiada.
O co chodzi mojej żonie? Pytałem, emocje biorą górę po 10 minutach, przed uzyskaniem jakiś danych do analizy. Może to różnice w modelach rodzin jakie w sobie przynieśliśmy z rodzinnych domów...
Płakałem już kiedyś z tej niemocy rozwiązania...
Kto to doczyta do końca?