Gość: mr.wozniak
IP: *.internetdsl.tpnet.pl
24.08.04, 12:37
"Zdradził", "Jak stanąć na nogi", "Zawalił mi się świat", "Zona spotyka się z
innym"...co tydzień pojawia się na tym i innych forach tysiące podobnych
wątków. Wśród ludzi, których znam rozwody. Plotki zaś nieustająco donoszą o
coraz to kolejnych romansach pracowych. Obraz wyłania się oto taki: romansują
niemal wszyscy i wszędzie.
Małżeństwo jako instytucja znane jest od wieków. Wynika z naturalnej cechy
łączenia się wyżej stojących w hierarchii ssaków w pary oraz "nadbudowy"
czyli umowy społecznej - czyli powiedzielibyśmy dziś wierność, uczciwość,
razem i tylko razem, etc.
Zaraz, zaraz...ale czy na pewno? Czy nie jesteśmy świadkami bolesnej
weryfikacji tak pojmowanego małżeństwa? Bo gdyby sięgnąć w przeszłość to
historia zna inny tej instytucji. Żeniono się bowiem po to, by przejąć
władzę, majątek, dla wychowania potomstwa - czyli w celach czysto
praktycznych, co stanowiło przedmiot powszechnej akceptacji społecznej.
Dziś tego typu pobudki są negowane na wstępie ("przecież żenimy się tylko z
miłości"), ale czy to nie jest hipokryzja? Sądząc po mnożących się wpisach
typu "zdrada" czas sprawę chyba przemyśleć na nowo.