zabieganab
28.07.14, 14:16
Lubie to form, bo ludki pisza o swoich sprawach mnie i bardziej powaznych. Najczesciej - co nie dziwi - watki sa o zwiazkach damsko-meskich ale i miedzyludzkich.
i o tym chcialam porozmawiac:
jak postrzegac kazda z osob tej sytuacji: malzenstwo rozpada sie, bo on po latach xxx znalazl sobie inna. Czyli w tej sytuacji wystepuja trzy osoby: zona, maz i ta nowa.
Po 1 - wiadomo on zonie slubowal xxx lat temu wiernosc i wszystko do grobowej deski. Wiec powinien sie z tego wywiazac
Po2 - lata mijaja, wszyscy sie zmieniamy. Moze i codzienne sprawy maz z zona potrafia pozalatwiac, ale on uswiadomil sobie stan obecny swoich uczuc i zainteresowan, wlasnie poniewaz p r z e z p r z y p a d e k (to jest wazne! Ze on nie szukal nowego szczescia!) poznal ta nowa kobiete, ktora go soba zainteresowala. Powiedzmy, ze zona pewnie tez czasem zauwazala szarosc codziennosci, ale tak jej zycie plynelo z tygodnia na tydzien robiac moze troche kariere albo zajmujac starszymi rodzicami poza zwyklymi codziennymi obowiazkami domowymi.
Po 3 - ona, ta nowa, wlasciwie Bogu ducha winna. Nie prosila o zadne szczegolne wzgledy, ale tak sie poukladalo, ze ci dwoje sie polubili... i obecnie maja wspolne zainteresowania, no pewnie i o sex tez chodzi
Moje pytanie: czy ta nowa (lub w podobnej sytuacji ten nowy, jesli to zona poznalaby kogos nowego) to musi byc zawsze postrzegana jako ta klasyczna zdzira rozbijajaca malzenstwo?....
A co ma zrobic on - zostac w malzenstwie bo slubowal, ale bedzie ich laczyc tylko wspolny dach i moze kredyt? Czy jednak rozwiezc sie, zeby z ta nowa (nastepna?) przezyc jednak jakies fajne wzloty (nie tylko seksualne) ?
Co myslicie? :-)