sarna32
25.09.04, 13:12
Od półtora roku jestem mężatką. Moje małżeństwo nie jest doskonałe, bo i ja,
i mój mąż mamy wady. Żałuje teraz, że przed ślubem bardzo krótko mieszkaliśmy
razem - być może wtedy podjęłabym zupełnie inną decyzję. Sprawa dotyczy
rzeczy z pozoru błahej, ale potrafiącej zniechęcić nas do drugiego człowieka
w sposób wręcz niewyobrażalny. Przypuszczam, że to o czym chcę pisać było na
tym forum poruszane nie raz, ale ja nie potrafię sobie z tym poradzić.
Więcej, jestem załamana, przygnębiona i mam dość wegetacji w której utknęłam.
Kwestia dotyczy sprawiedliwego podziału domowych obowiązków. Nie mogę znieść,
że on bałagani, nie zmywa po sobie talerzy, nie przygotowuje od czasu do
czasu posiłków, nie potrafi sam, bez mojego przypominania włożyć brudnych
ubrań do pralki, nie potrafi ich porządnie rozwiesić, zostawia swoje ubrania
na oparciach tapczanów, krzeseł, muszę za każdym razem przypominać mu, żeby
zrobił zakupy. Kiedyś, jeszcze jak mieszkaliśmy razem i nie byliśmy
małżenstwem, żeby zrobić wrażenie na mnie (tylko tak potrafię to sobie teraz
wytłumaczyć) nie było mowy o takich zachowaniach z jego strony. Nie
bałaganił, jego ubrania nie były porozrzucane po całym mieszkaniu. Teraz
wiem, że czekał tylko, żeby mieć żonę, która to wszystko będzie robić za
niego. Kiedy zorientowałam się w co wdepnęłam, na poczatku zwracałam uwage,
żeby posprzątał po sobie, umył talerz, pouczałam, tłumaczyłam. Ale ile można
grać rolę matki dorosłego faceta? Przestało mnie to bawić, gdy widziałam, że
skutek jest żaden. Wychodziło na to, że wszytsko musiałam robić sama. Pewnego
razu przestałam robić cokolwiek. Przez 2 tygodnie nie sprzątałam po nim, nie
wkładałam jego porozrzucanych ubrań do szafy, parałam tylko swoje rzeczy i
myłam tylko talerze na których ja jadłam. Jego talerze, szklanki, kubki
tkwiły w zlewie nie tknięte. Nie skomentowałam tego przez ten czas ani razu,
chociaż nie mogłam już na to wszytko patrzyć. Umył talerze dopiero wtedy gdy
odkrył, że jem na serwetce, bo nie ma nic czystego w domu. Za pranie wziął
się, gdy odkrył, że nie ma co włożyć do pracy. Potem była awantura. Jedna z
największych do tej pory w naszym małżeństwie. Pomogło, ale na krótko. Po
miesiacu wrócił do starych, sprawdzonych nawyków. Ja przyłapałam się na tym,
że znowu upominam, przypominam i prosze o coś, co powinno być zrobione bez
mojego dodatkowego komentarza. Wszytsko zaczyna się od początku. Jakim
sposobem zmusić go, żeby wreszcie zrozumiał co to jest partnerstwo? Gdzie
popełniłam błąd?
Chcę dodać, że nie jestem typem pedantki i jakiejś nawiedzonej estetki. Po
prostu nie wyobrażam sobie życia z kimś, komu trzeba wszystko podsuwać pod
nos jak dziecku, albo tłumaczyć tak proste sprawy, jak utrzymywanie porządku
w domu, za które nie może odpowiadac tylko jedna osoba. Nie stać nas na panią
do sprzątania i gotowania, więc musimy to robić sami, ale dlaczego moim
kosztem?
Od czasu do czasu łapię się na tym, że chwilami go nienawidzę, chcę się
wyrwać z tego kieratu, funkcji mamusi jaka została mi przypisana w tym
związku. Oboje pracujemy (ja do 17, on najczęściej do 18, weekendy mamy
wolne), ale dlaczego tylko ja mam drugi etat w domu? MOoje soboty to
sprzątanie po całym tygodniu, odkurzanie, prasowanie. Jeśli poproszę go o
wyprasowanie mi bluzki, zrobi to byle jak, tłumacząc się tym, że nie ma do
tego talentu. W porządku, to mogę zrozumieć. Więc proszę (znowu to proszę),
żeby odkurzył mieszkanie, to następnego dnia w kącie pokoju znajduję kłęby
kurzu, których niezauważył. Więc uczę, zwracam uwagę, tłumaczę, nie przynosi
to żadnych efektów. Wciąż tak samo. Kiedyś będę chciała mieć dzieci, ale
teraz widzę, że nie z tym człowiekiem. Jeśli teraz nie umie pomóc, nie pomoże
tym bardziej przy dziecku. Padnę chyba wtedy z przemęczenia i całkowitego
barku czasu dla siebie. Czy możliwe jest zmarnowanie uczucia, przez takie
nieporozumienia? Z drugiej strony nie chcę z biegiem lat zamienić się w
narzekającą na wszystko nieszczęśliwą mężatkę, jak to mają w zwyczaju czynić
moje niektóre koleżanki. Mam 32 lata, moje poprzednie związki rozpadły się z
zupełnie innych powodów. Nie mieści mi się w głowie, że nie mogę porozumieć
się z mężem w tak idiotycznej kwestii, jak podział domowych obowiązków.
Pojęcia nie mam, co robić z tym związkiem, jak go ratować?