uneevidence
11.07.16, 23:38
15 miesiecy temu poznalam mężczyznę.Od pierwszej randki ujal mnie swoim niecodziennym spojrzeniem na świat, tak innym niz to standartowe myslenie nastawione na egoistyczne hedonistyczne zachcianki....Czulam sie piekna,doceniana i adorowana.Czulam sie wyjatkowa.Nie bylo miedzy nami szybkiego seksu,ba jego nawet nie bylo przed wyznaniem uczucia,pojawil sie dopiero po niespelna roku znajomości.Po 10 miesiacach dobrze zapowiadajacej sie znajomosci,gdy bylam juz pewna ze to ten mezczyzna wyznal mi prawde.10 miesiecy zylam mysla ze moj ukochany jest kawalerem,stanu wolnego...niestety wyznal mi,ze jest po rozwodzie,byly rozmowy miedzy nami,czulam sie strasznie.Dwa tygodnie po tym dowiedzialam sie,ze jednak minal sie z prawda zeby mnie nie "bolalo"przyznal sie ze jest w separacji...Zostalam przy nim,gdyz poprostu go kocham.3 tygodnie temu dostal rozwod. Przez ten czas spotykalismy sie regularnie,pomagal mi kiedy sie zle czulam,zalatwial lekarzy,dbal.Poznal moja mame,coreczke i kuzynki.Moja mala za nim przepada,rodzina tez,a ja niedawno poznalam jego rodzicow. Niby wszystko ok,ale ja czuje taki cholerny niepokoj w srodku,smutek,zal i zlosc...Chociaz tego nie robi i nie okazuje,to ja czuje sie jak plaster na jego dusze (mimo zapewnien o miłości do szalenstwa itd...) Jestem osoba spokojna i zrownowazona,ale nie czuje sie pewnie w tej relacji.Ostatnio siedząc w parku z nim podszedl do nas Pan i zapytal o drobne,moj ukochany powiedział ze nie ma i ze moze dziewczyna ma...i jakos tak to slowo dziewczyna mnie zabolało strasznie,bo to takie na poziomie liceum czy wczesnych studiow...Sama nie wiem juz co mam robic,mam straszna gonitwe mysli...nie czuje sie bezpiecznie w tym związku,pomimo ze on wiele rzeczy dla mnie robi i sie stara.Czuje sie jakbym byla w zalobie.Nie chcialam nigdy wchodzic w związek miedzy dwojga ludzi,a juz tymbardziej zaczynac budowac szczęście na cudzym.nieszczesciu.Az sie poplakalam.Rady dobrych dusz wskazane.