ilus1986
05.08.16, 14:21
Witam, mam 30 lat. moje małżenstwo trwa 6 lat. para z mezem jestesmy od kiedy mialam 17 lat. od kilku lat przezywam gehenne. wszystko zaczelo sie psuc od poczatku budowy naszego wspolnego domu ( w ktorym teraz mieszkamy). na poczatku maz zajal sie budowa domu. sam wszystko nadzorował, pomagał, robił. odsuwaliśmy sie od siebie...mnie nie zauwazał. wtedy juz reagowałam, próbowalam rozmawiac ale zawsze konczylo sie to tak samo, tymi samymi slowami: przeciez robie to dla ciebie, buduje ci dom! ok. dom wybudowany, przeprowadzka na wies. dojazdy do wawy do pracy. latwo mi nie bylo, ale pogodzilam sie z tym. wtedy to maz zaczal rozkrecac swoj wlasny biznes.uciekł w prace. bylo go w domu coraz mniej... do dzis prowadzi firme. rozmawialam, tlumaczylam, prosilam, zeby przystopował, ze pieniadze to nie wsztstko, itp. niestety, nic nie pomogło, ani prosby i blagania, ani rozmowy ani krzyk, grozby rozwodu. ja nie chcialam dzieci. pozniej bylam taka rozchwiana emocjonalnie czy chce dziecko. maz chciał. uleglam. nasza córeczka ma dzis poltora roku. od urodzenia dziecka jest po prostu tragedia. nie dosc, ze pracuje 14-15 h na dobe, to zupelnie nic go nie interesuje. nie ma kochanki ( to pewne, bo musialam to sprawdzic). dobrze zyjemy finansowo, na nic nam nie brakuje, a jemu ciagle mało. wciaz praca i praca. mi mowi, ze to taki fach i w tym fachu tyle sie pracuje. najbardziej boli mnie to, ze córka w ogole go nie interesuje. wrecz jej unika. ja widze, ze on sie doslownie modli, zeby tylko do niego nie przyszła i czegos nie chciała od taty. ona go woła: tota!tata! a on udaje ze nie slyszy, albo ja ostatnio powiedział na dworze: taty jeszcze nie ma w domu...boli mnie to. siebie juz przestalam widziec w tym wszystkim, choc nie powinnam. pieniazki ewidentnie uderzyly mu do glowy. on czuje ze teraz ma władze. ma pracowników, rzadzi nimi. w ogole nie potrafi zajac sie dzieckiem. do dzis ie umie jej dobrze załozyc nawet pieluszki. seksu brak od baaardzo dlugiego czasu bo przeciez kiedy? jak go nie ma.zero uczuc, objęc, wspólnego spedzania czasu. jest mu wygodnie, ze on pracuje a zajmuje sie cala reszta. on wszystko zalatwia pieniedzmi. mowie o sprzataniu to on, ze sprzatac nie bedzie tylkomoze sprzataczke zatrudnic, ze mi ciezko z córka samej na wsi ( nie mam rodziny), to nianie zatrudni. dodam, ze poznalam kogos w okresie budowy domu. ale nie spotykalam sie, nic nie robilam, bo chcialam ratowac malzenstwo. dzis juz na niczym mi nie zalezy. nie chce mi sie juz patrzec na mojego meza. przez to jaki ma stosunek do mnie i córki. znienawidzilam go. ten ktos to facet 5 lat ode mnie starszy, mieszka w wawie, jest samotny, ma i moze naiwnie to zabrzmi, ale czeka na mnie. mamy ze soba kontakt telefoniczny i raz w mcu widzimy sie wraz z moja córka. kiedy patrze w jaki sposob on odnosi sie do córki, jak sie nia zajmuje, jak obmysla kilka dni wczesniej gdzie sie wybierzemy, ze córce zapewnic atrakcje i zeby byla zadowolona to serce mi pęka. z jednej strony sie ciesze, ze on taki jest. z drugiej jestem załamana, bo taki powinien byc jej ojciec...on chciał zebym odeszla od meza przed moją ciazą, w trakcie ciazy i nadal chce mnie i córke. jest fantastycznym czlowiekiem. podczas rozmowy z nim i moich watpliwosci co do przerowadzki do niego, powiedziałam, ze boje sie, ze nam nie wyjdzie, i co ja wtedy zrobie? nie mam sie gdzie podziac...a jestem z dzieckiem i teraz tylko na jej dobro musze patrzec to powiedział, ze zebym miala pewnosc ze z niczym nie zostane, to doslownie jutro mozemy jechac do notariusza i przepisze na mnie polowe swojego mieszkania. nie wiem co robic?co myslec? chodze i placze. a co do meza to...chcialabym, zeby kogos sobie znalazl i odszedł sam bo ja nie mam na to sily. jestem wrakiem psychicznym. sa dni ze mysle tylko jak ze soba skonczyc. teksty mojego meza sa dobijajace...np. powiedzial jednemu z pracowników (mojemu bratu), ze dorobi sie takiej firmy, ze zona nie bedzie mu potrzebna bo bedzie miał tyle kasy,ze bedzie jezdził na dziwki. no cóż...chyba nie chce przeszkadzac w jego wymarzonym celu życiowym.