vivi86
04.02.17, 15:24
Mam 30 lat, mój chłopak-34.
Jesteśmy razem od roku. Nie mieszkamy razem (nie uznajemy mieszkania przed ślubem).
Nie współżyjemy, całujemy się na przywitanie/pożegnanie, poza tym kontaktu typu przytulanie, chodzenie za rękę, pocałunek jest mało i z mojej inicjatywy. Czas spędza nam się razem dobrze, on nie ukrywa, że ma dziewczynę. Moich znajomych zna, sam jest osoba raczej zamkniętą w sobie (ja też nie jakaś superspołeczna) znajomych ma głównie z pracy i w pracy, są tam jakieś imprezy, ale nie można przyjść z osobą towarzyszącą, on również nie chodzi dlatego, że nie może iść ze mną (choć próbowałam go namówić by się trochę z ludźmi pointegrował)
A teraz do rzeczy...spotykamy się ok raz w tygodniu, czasem wyjeżdżamy gdzieś na cały dzień. Wychodzę z założenia, że dobrze jest poznać swoje zdanie na każdy temat i nie być zaskoczonym poglądami drugiej osoby po dłuższej relacji :)
W związku z tym już od początku relacji (po ok miesiącu) mówiłam jakie jest moje zdanie:o małżeństwie, ile chcę mieć dzieci, co jakbym miała więcej, różne aspekty bycia razem itp. Nie przerażajcie się-wynikało to z rozmowy :)no i jak pisałam-nie mam 16 lat, on zresztą też nie :)
Potem też mieliśmy takie rozmowy. Pytałam go o jego zdanie (przy okazji:) ) czy chciałby mieć dzieci, ile, dla nas obojga mieszkanie razem i dzieci tylko w małżeństwie. Na co odpowiedział....że nigdy się nad tym nie zastanawiał.
On ma podejście bardzo racjonalno-ekonomiczne co wychodzi przy różnych okazjach. Znajomy przeprowadził się do UK? To mówi, że w pojedynkę spoko, ale całą rodziną to ciężko, bo utrzymanie tam jest bardzo drogie. Brat kupił duży dom? To mówi, że trochę przestrzelili, to jednak hmmmm nieco powyżej możliwości brata i bratowej (i niestety faktycznie brat z bratową mają aktualnie problemy), zarabia niemało, choć nie wiem ile, oszczędza, inwestuje, stara się stworzyć sobie jakoś dodatkowe źródła dochodu.
Przywiązywanie dużej wagi do aspektu ekonomicznego życia uważam za sporą zaletę, bo widzę ile jest kłótni i jak funkcjonują pary, które lekko podeszły do tematu na zasadzie ślub, dzieci i poleci :/ i sama nie zamierzam czegoś takiego w życiu sobie urządzić :/
Dwa słowa o mnie-pracuję, na czas nieokreślony, praca lekka, ale niestety na pół etatu, a pensja-nie ukrywam-bez szału. Poza tym zlecenie, za nieco mniej niż to pół pensji. Oprócz tego podwyższam kwalifikacje (pracodawca nic do tego nie ma tzn w ramach czasu poza pracą i sama za to płacę, bo to niestety kosztuje)
Całościowo nie ukrywam, że mieszkam w mieszkaniu z rodziną i niestety nie stać mnie na zmianę tego stanu rzeczy, a jest to męczące, choć relacje z rodzicami mam bardzo dobre.
On o tym wszystkim wie od samego początku (6 osób w mieszkaniu, nawet ciężko go zaprosić)-no, o złapanym zleceniu dowiedział się jak je zdobiłam, wcześniej było tylko pół etatu i podnoszenie kwalifikacji. Sam ma kawalerkę od rodziców o czym sam mi kiedyś powiedział, zresztą wielokrotnie tam bywałam, była okazja się dowiedzieć.
Spędzanie razem czasu: jeździmy i zwiedzamy, jak coś jest dla mnie za drogie mówię mu o tym wprost. Ludzie w związku muszą poznać się w każdym aspekcie. Z większością naszych wyjazdów nie ma problemu.
Kasa - każde płaci za siebie, poza bzdetami typu nie mam portfela, a idziemy na herbatę, ona nie ma gotówki, a kartą nie da się zapłacić za ciastko. Na tym etapie związku mi to nie przeszkadza, pieniądze są wspólne po ślubie.
Teraz do sedna. Mój chłopak ma 34 lata, nie ma sprecyzowanych poglądów np na to czy wyobrażał sobie siebie w roli ojca (ma 3 bratanków, w tym chrześniaka), temat dzieci jest dla niego trochę obcy. Co do małżeństwa-forma związku jest oczywista, ale w naszych rozmowach ma to formę wymiany poglądów a nie jako my w przyszłości.
Co o tym sądzicie?
Nie wiem nic o tym by wcześniej się z kimś spotykał, przynajmniej w wieku nie-nastoletnim, kiedy prędzej się myśli w ten sposób i dłużej.
Czy on może mieć pewne obawy jakby to funkcjonowało jako całość, czysto hipoteczycznie z moimi (niewielkimi) dochodami? Nigdy coś takiego wprost nie padło, nasze rozmowy to wymiana poglądów, a nie my na przyszłość.
Ma kredytowstręt, podejście jak coś kupić to tylko za gotówkę, oszczędzać, inwestować przy czym nie jest tak, że odmawia sobie wszystkiego i potrafi wydać 1800 na ciuch czy coś do domu, czy jak byli goście kupi coś droższego, bo tańsze wstyd podać. Więc nie ma kultu dziadowstwa, co też jest lepsze niż dziadowanie, na nic nie ma, a kasa leci na giełdę i są z tego tylko długi (znajoma mamy to przerabia w swoim małżeństwie, nikomu nie życzę). Docelowo chce mieć tyle pieniędzy by wcześniej iść na emeryturę i nie musieć pracować.
Czy może się obawiać, że relacja z osobą w mojej sytuacji może to trochę...zaburzyć? Od początku, że pracuję na pół etatu, potem rownież z tym zleceniem, że szału finansowego nie ma, ja lokum nie kupię, nie kupą mi rodzice. To nie jest tajemnica, wiedział od samego początku. Wie, że podnoszę kwalifikacje, w planach certyfikaty językowe, niestety wszystko kosztuje i wie, że nie ma gwarancji sukcesu.
Co o tym myślicie?
A co sami byście myśleli o osobie zarabiającej zdecydowanie mniej, ale dążącej do tego by to zmienić, niestety na chwilę obecną bez radykalnych skutków?