kujlek36
17.03.17, 14:37
Pisuję normalnie pod innym nickiem, dla celów tego wątku założyłem nowy, wybaczcie, ale temat intymny.
Mam standardowe życie klasy średniej. Żona ta sama od kilku lat, w związku już ponad dziesięć. Dwójka dzieci w wieku przedszkolnym, niezłe dochody, mieszkanie w dużym mieście, dom w budowie. Ja kocham bardziej, ona mniej, ale nie mam wątpliwości co do uczucia, to nie stanowi problemu, ona jest uczuciowo mniej wylewna niż ja. Życie udane. Mamy jakieś standardowe małżeńskie problemy, ale generalnie lubimy się, mamy wspólne pasje, mamy też własne życie, i ja i ona jesteśmy osobami wesołymi i lubianymi.
Półtora roku temu przypadkiem wychodzi, że żona w czasach narzeczeństwa wdała się w romans. Trudno, mówi się, wybaczam, stare błędy. Ale w tym momencie zaczęły się schody. Okazuje się, że stary kochanek cały czas jest w życiu żony, cały czas żona jest uczuciowo zaangażowana (nie chodzi tu o zaangażowanie fizyczne, bo dzieli ich 500 km, tylko wiadomości mailowe, zapewnienia o tęsknocie itp). W wyniku mojego nacisku zrywa kontakt, jednakże znajduje sobie substytut w postaci flirtu z innym facetem, najpierw jednym, potem drugim (czaty, podteksty, nawet jakieś spotkania). Każdy z nich o kilka klas gorszy niż ja (intelektualnie, finansowo itp itd), nie widzę więc w nich zagrożenia, ale i tak szlag mnie trafia.
Robię się bardziej zazdrosny, kontrolujący (a oboje zawsze mieliśmy tyle swobody, ile potrzebowaliśmy), co rozwala nasz związek.
Na dzisiaj sytuacja wygląda tak - ja w pretensjach i żalu, robię co kilka dni wyrzuty, ona zamknięta i w pozycji obronnej. Podobno zakończyła wszystkie głupie miłostki na boku (nie mam możliwości zweryfikować, a programów szpiegowskich instalować nie będę), ale ja mam deficyt zaufania. W efekcie cały czas dopytuję, ona zamyka się jeszcze bardziej.
Potrzebuję rady, co robić. Jak trafić do żony i samego siebie. Jak spróbować odnaleźć nić porozumienia