monicka73
18.04.02, 22:48
Przepraszam, ze "wywlekam" tutaj swoje sprawy prywatne ale chcialabym sie Was
poradzic w pewnej osobistej sprawie.
Otoz 2 lata temu przez internet poznalam chlopaka (Holender), wyjatkowo super
nam sie rozmawialo, szybko "cos zaiskrzylo" i tak po jakis 3
miesiacach "czatowania" i dlugasnych rozmow telefonicznych postanowilismy sie
spotkac. Najpierw on przylecial do Polski, potem ja polecialam do niego....
spedzilismy cudowne chwile, "zapoznalismy" sie z rodzinami i zareczylismy sie
uzgadniajac date slubu.
I wtedy on zaczal "osaczac mnie" i "modyfikowac" swoje dotychczasowe poglady.
Zaczelo sie od tego, ze zaczal mowic do mnie nonstop per "moja przyszla zono" i
mowic, ze skoro najwazniejszy jest nasz zwiazek to po co ja mam pracowac ...
Tym bardziej, ze on nie marzy o niczym tylko o dzieciach ze mna, ze bede
genialna mama itd. itp.
Doszlo do tego, ze na zadny inny temat nie chcial rozmawiac tylko o "byciu
mezem i zona i rodzicami".
Probowalam mu powiedziec, ze owszem rodzina jest b. wazna ale nie potrafie
sobie wyobrazic siedzenia w domu przez caly czas, ze lubie robic to co robie
itd. ale "splywalo jak po kaczce".
W koncu zaczelam sie obawiac, ze moze nie jestesmy wcale tak dobrani jak mi sie
wydawalo i ze moze powinnismy troche poczekac z decyzja o malzenstwie.
I wtedy sie zaczelo. Niby "przelknal" maje watpliwosci ale tego samego dnia (a
raczej nocy) wyslal mi sms-a ze nie wie co sie z nim dzieje, ale mysli caly
czas o naszej rozmowie i ma problemy z sercem i ze wlasnie przyjezdza
pogotowie. A potem dostalam wiadomosc, ze mial wlasnie zawal i jest w
szpitalu. Mozecie sobie wyobrazic co czulam. Przez nastepne 2 dni nie odbieral
komorki a potem powiedzial, ze wlasnie wyszedl ze szpitala na wlasna prosbe (i
po weekendzie idzie do pracy).
Wyjscie ze szpitala po zawale po 2 dniach i praktycznie natychmiastowe pojscie
do pracy pachnialo mi "wielka lipa" ... tym bardziej, ze w ogole nie chcial na
ten temat rozmawiac oprocz pytania sie mnie czy ja naprawde nie chce wziasc
slubu w wakacje i ze jak mysli o tym to ma problemy z cisnieniem.
Potem bylo jeszcze kilka "podobnych akcji" ... wiec stwierdzilam, "ze
rezygnuje".
No i zaczal sie koszmar. Niekonczace sie sms-y, telefony, wspominki genialnych
chwil, zaskoczenie mnie w mojej pracy ("przylecialem"). Mowilam, ze "moaj
decyzja jest ostateczna" ale on po swojemu, ze "OK... ale przeciez moge chyba z
nim porozmawiac". A potem informacja o nieudanym samobojstwie i czesciowym
paralizu (ktory "o dziwo" szybko przeszedl").
I blagalne listy, zebysmy byli razem (i ze jak ja nie chce mieszkac w
Amsterdamie to on z checia - od zaraz- przyjedzie do Warszawy).
W koncu w poniedzialek nie wytrzymalam i ..."dobitnie" powiedzialam, co o tym
mysle. I dostalam maila, ze "OK.... ale tym razem na pewno uda mu sie
zrealizowac swoj wczesniejszy plan samobojczy".
Przepraszam, ze tak sie rozpisalam ale zupelnie nie wiem jak mam postepowac? Co
mi radzicie?
Dziekuje!