blue.angel
01.11.04, 19:50
Po 2 latach zwiazku moja milosc do niego zaczela wygasac... Wytrzymalam
jeszcze rok, wychodzac z zalozenia, ze jesli jedno z nas moze byc szczesliwe,
to niech bedzie. Ale juz chyba nie dam rady:(
Jestesmy ze soba naprawde blisko zwiazani, mamy bardzo podobny gust literacko-
filmowy, podobne poczucie humoru, rozumiemy sie w pol slowa... Ale to juz nie
'to'. Przez dlugie miesiace nie przeszkadzaly mi zupelnie jego drobne wady i
nawyki, nadwaga, pryszcze, nietolerancja w stosunku do odmiennych pogladow, w
tym rowniez moich, do innych kultur i kolorow skory (przeszkadzala, ale
wytzrymywalam), wyrazna dominacja w zwiazku (mam problemy z podejmowaniem
decyzji, ale to jednak przegiecie, kiedy on ukladal mi czas), paranoiczna
zazdrosc - niezaleznie od plci danej osoby, ograniczanie moich kontaktow z
innymi znajomymi - bo przeciez sa glupi, straszliwy, ogromny, monstrualny
egoizm (tlumaczylam sobie to tym, ze jest jedynakiem), czesto kompletny brak
taktu, przymus spedzania ze soba przynajmniej 4 dni w tygodniu (bo by
tesknil), niemozliwosc odmowienia mu czegokolwiek... To takie niby drobne
grzeszki, naprawde malo mi przeszkadzaly, bo milosc jednak zaslepia. Ale
minela, zdecydowanie minela, wygasla zupelnie, zostalo przywiazanie i taka
kumpelska sympatia. Gdybysmy tylko mogli pozostac kumplami... byloby to
idealne wyjscie z sytuacji, ale nie wchodzi w gre. Nie moze zostac, jak jest,
bo ja... brzydze sie. Od pewnego czasu brzydze sie jego pocalunkow, czuje
wstret do jego ciala; a on ma strasznie duze potrzeby seksualne i... jest z
tym problem:(
A przy tym wszystkim panicznie boje sie zerwania. Jestem dosc niesmiala osoba,
zamknieta w sobie, zylam 'w cieniu', co bywalo wygodne, ale jednak dosc mi
utrudni byt po zerwaniu. Poza tym on mnie przytlacza swoja osobowoscia, czuje
sie troche zaszczuta, bo jakos to trzeba bedzie powiedziec... A ja nie wiem
jak, bo on sie rozplacze (nienawidze facetow, ktorzy placza!), bedzie pytal
'dlaczego' - nie wiem jak to wyjasnic, dla niego 'przestalam Cie kochac' nie
bedzie wystarczajaco racjonalne...
Ostatnio chyba wyczuwa, ze cos jest nie tak, pyta, co sie dzieje, a ja mam
momentalnie lzy w oczach i mowie ze nie, nic... A nawet sie juz nie spotykamy
na neutralnym gruncie, tylko i wylacznie u niego!
Zyc mi sie odechciewa. Wlasnie przeczytalam, co napisalam, chyba popadam w
paranoje, ale czuje sie tak stlamszona i zdominowana, ze nie wytrzymam!!! Czy
jest tu psycholog? Albo ktos, kto moze ze mna pogadac bez kretynskich
komentarzy? Bo ja mam dosc:(
pozdrawiam
blue (z dolka)