Gość: to tylko ja
IP: *.dip.t-dialin.net
11.02.05, 16:56
Niedawno spotkalam na ulicy kolezanke z podstawowki. Tak jak ja ma 25 lat ale
ma 2 dzieci i moznaby powiedziec, ze jej kariera sie skonczyla. Nie przyszlo
mi jednak do glowy abym jej miala prawic moraly czy narzekac na moj los.
Tymczasem ma dawna kolezanka z lawki, ta niegdys usmiechnieta psotnica,
obrzucila mnie nieprzyjemnymi spojrzeniami, po czym zaczela narzekac na swoje
zycie. Chwile tak pogadalysmy, powspominalysmy stare czasy itp.. W koncu
spytala mnie czy ja odwiedze i wpadne na kawe. Ok, czemu nie, popoludnia i
wieczory mialam wolne. Kupilam wiec troche slodyczy i upominki dla dzieci,
czerwone winko (uznalam, ze na babskie pogaduchy calkiem sie przyda) Ledwo
zdazylam usiasc na fotelu, Gosia pyta czy moge jej pozyczyc 100 zl.
Potrzebuje na leki dla dziecka a maz dostanie wyplate dopiero za tydzien.
Zrobilo mi sie niezrecznie. Powiedzialam: "sorry Gosia, nie lubie pozyczac
pieniedzy." Wtedy dostalam mala wiazanke: jestem egoistka, nie mam obowiazkow
ani dzieci, jestem wolny ptaszek, pewnie i tak cala kase wydaje na ciuchy i
bzdury a ona jest w tak ciezkiej sytuacji.. miala operacje, z mezem tez sie
nie uklada, ledwo wiaze koniec z koncem, maja mase dlugow, dzieci choruja a
tesciowie wciaz robia awantury. Poczulam sie niezrecznie. Spojrzala na
upominki, ktore przynioslam jakby chciala powiedziec: no prosze,
kilkadziesiat zlotych ot tak wydalas na bzdury, to i ta stowa cie nie zbawi.
Faktycznie, nie zbiednialabym jakbym jej te pieniadze pozyczyla. W tym
wypadku slowo "pozycz" znaczylo i tak tyle co "daj" bo bylo wiadomo, ze
niedlugo wyjade spowrotem do Niemiec i prawdopodobnie nie spotkamy sie przez
kolejne miesiace czy nawet lata. Ale to co mnie zasmucilo i wkurzylo to fakt,
ze prosila o te pieniadze jakby jej sie nalezaly. Nalezaly z racji jej
trudnej sytuacji zyciowej. Bo to ja smialo wydaje stowke na balety czy jezdze
na wycieczki. Bo to ja nie mam dzieci na utrzymaniu. No i tak pytam Was o
opinie. Co byscie na moim miejscu zrobily? Lepiej bylo dac ta stowe i miec
czyste sumienie i spokoj ducha czy trwac przy swoim i zastanawiac sie wiele
razy jak bylo lepiej postapic? Tymbardziej, ze mialam ochote jej powiedziec:
Ej, Goska, ja tez moglam sobie narobic stado dzieci i wziasc byle kogo za
meza a potem liczyc na laske innych. Przeciez jest zdrowa, mloda, ma rece
nogi glowe tak jak i ja. Czemu to ja mam czuc sie winna, ze powodzi mi sie
ciut lepiej? Ona tez mogla isc sie uczyc czy dac sobie czas. Moze ciaze to
byly wpadki ale czemu inni maja sie litowac nad czyjas glupota? Bo wg mnie to
tylko glupota jesli sie najpierw robi a potem mysli.
Dodam, ze podobnych sytuacji mialam kilka. Zawsze i tylko w Polsce. Juz nie
wspomne ile razy bylam proszona o zalatwienie komus pracy za granica. To nic,
ze ten ktos ma dwie lewe rece, zna tylko jezyk polski a i z wyksztalceniem
ciezko. To nic, ja dobra wrozka z krainy mlekiem i miodem plynacej mam
zalatwic prace i juz. Raz zalatwilam kuzynowi. Codziennie musialam robic za
tlumacza i po kilka razy dziennie dzwonic do jego szefa by sie mogli
porozumiec. W dodatku utrzymanie doroslego faceta przez 3 miesiace jest
naprawde klopotliwe i kosztowne. Ale chcialam pomoc i ok, moja wina. Teraz
tego juz wiecej nie zrobie bo mam swoje powody. Moze i jestem egoistka ale po
woli dochodze do wniosku, ze jesli ktos jest biedny i tylko narzeka, to jest
to glownie jego wina. I niech juz nikt mie nie mowi, ze to ta ciezka sytuacja
w Polsce, bezrobocie, wysokie ceny. Przeciez ja tez jestem z Polski. Ale
przez to podejscie ludzi ubozszych do tych ,ktorym sie ciut lepiej powodzi
juz dzis wiem, ze jak bedzie mnie kiedys stac na mercedesa, nie bede umiala
cieszyc sie tym co bede miec. Juz to zauwazylam jak zostalam zatruta ludzka
zawiscia i glupota. Bedac na wycieczce w Londynie zastanawialam sie czy
dobrze zrobilam, ze polecialam. Przeciez moglabym sie dorzucic mamie na
remont kuchni, babci na wegiel a paru ubogim dzieciom z sasiedztwa kupic
ksiazki i zabawki. Tak tak, spacerujac po muzeach zastanawialam sie, czy
dobrze robie..