matrek
14.06.02, 09:19
Wracam wczoraj autobusem z pracy, w pewnym momencie dosiadła się jakaś
dziewczyna, na którą początkowo nie zwrócilem uwagi, bo zajęty byłem czytaniem
gazety. Po chwili skonczylem jednak czytać, schowałem Rzplitą i zamurowalo mnie.
Była tak zjawiskowa, że nie mogłem od niej oderwać wzroku. Nie sztampowa jak
modelka z taśmowej produkcji, ale arcydzieło w które rzemielnik włożyl całe
serce i duszę.
Qrcze, siedzieliśmy na przeciwko siebie - jak to w Neoplanie - i na prawdę
staralem się na nią nie patrzeć, ale to bylo silniejsze ode mnie. Mój wzrok
ciągle do niej wracał - gapiłem się na nią niemal jak ciele na malowane wrota,
w końcu oboje uśmiechneliśmy się lekko do siebie, ale mi było tak głupio, że
niemal wybuchnąlem śmiechem. Powstrzymalem się na szczęście przed glośnym
śmniechem, ale i tak widziała, że miska cieszy mi sie od ucha do ucha. W końcu
oparłem łokieć o podstawę szyby - że to niby taki luzak jestem ;) - ale tak na
prawdę chodzilo mi tylko o to, aby jakoś dyskretnie zakryć sobie zamkniętą
dłonią śmiejące się usta. Tak czy inaczej, jako że oboje siedzieśmy przy oknie
i patrzyliśmy w szybę, dokładnie widzieliśmy się w odbiciu (jak to późnym
wiedczorem, kiedy jest już ciemno na zewnątrz, a w środku pali się światło).
Wciąż jednak udawalem, że jestem twardy jak Roman Bratny, a tak na prawdę byłem
strasznie zaklopotany, a wydaje mi się, że ona chyba jeszcze bardziej.
W końcu wysiadła na jakimś przystanku, ja udalem że mnie to wcale nie obeszło -
wciąż gapiłem się za okno, ale kątem oka dostrzeglem, że już z zewnątrz
obejrzala sie do tyłu w to okno.
Kurcze, czułem się jak kretyn z powodu swojego zachowania.