dwatrzycztery
26.04.05, 16:23
sytuacja wyglada tak. kilka tygodni wcześniej urodził się nam dzidziuś. poród
rodzinny a jakże. po powrocie do domu zauważyłem u żony spadki formy i
straszne lęki o dziecko wręcz histeryczne lęki. mówię sobie to norma.
słyszałem w tym czasie wiele, że jestem niekompetentny to było najlżejsze
okreslenie.nie obywa się bez kłótni - w ciąży tez się zdarzały.słowem nie
mamy charakterów spokojnych ludzi. i ten wieczór.słyszę żebym się
wyprowadził, słowa wypowiadane z szaleństwem w oczach, po raz któryś z kolei.
i moje tłumaczenia że sobie nie poradzi, że jestem potrzebny żeby pomagać
przy dziecku itd. potem jakaś kolejna moja gafa - coś zapomniałem zrobić i
afera na całego. nauczony doświadczeniem gdy żona wyszła w tej furii na
spacer - była północ - dziecko spało, schowałem noże-tak na wszelki wypadek i
zacząłem przygotowywać sztuczne jedzenie dla maluszka.gdy wróciła, jatka
zaczęła się od początku tj. próba wyrzucenia mnie z mieszkania, rzuciała się
na mnie z rękami, poszczypała i podrapała - jakoś cudem w spokoju zniosłem
ten "atak" tłumacząc sobie to depresją poporodową. ale dalej sprawy potoczyły
się w taki sposób, i histeria nabrała takich rozmiarów,że po moich prośbach o
spokój i odwoływanie się do spokoju dziecka i konieczności jego nakarmienia,
nie wytrzymałem i spoliczkowałem moją żonę. zrobiłem to żeby ją uspokoić i
udało się. przestała histeryzować ale zaraz zaczeła się afera że ją
uderzyłem, przyjechała mamusia, cała jej rodzina jest przeciwkomnie,że biję
kobietę i jestem cham i damski bokser.
i wszystko się obraca przeciwko mnie - wyszedłem z domu zaraz po przyjeżdzie
teściowej i spałem poza domem. w nocy był lekarz i zrobił obdukcję - rano jak
wróciłem żona nie miała śladów uderzenia jednak był wykład na temat przemocy
w rodzinie. przeprosiłem bardzo za całe zdarzenie, tłumacząc że nie zrobiłem
tego z nienawiści ale żeby ją uspokoić. nie chce przyjmować żadnych
usprawiedliwień - uderzyłem i już tylko to się liczy. słwem jestem teraz
mocno gnojony, rzekomo nie mam nic do powiedzenia w sprawie dziecka, zona
grozi mi rozwodem jesli nie bede wykonywal wszystkich jej żadań - nie mam
prawa do niczego i tak się nakręca. mnie oczywiscie to mierzi i staram sie to
wytlumaczyc - dodatkowo kilka dni po zdarzeniu przeprosilem ponownie na
kolanach i przed jej rodzicami.każda próba tłumaczenia lub sprzeciwienia sie
jej zdanu konczy sie totalna histeria.
mam dosc, szkoda mi strasznie dziecka. teraz na kilka dni mieszkamy osobno
zeby przemyslec jak dalej zyc. ja nie potrzebuje myslenia bo wiem ze chce
dalej zyc z nia i dzieckiem ale nie na zasadach ona moze wszystko a ja nie
mam zadnych praw. to oczywiscie nie jest do wytrzymania na dłuższą metę.
w głowie mi się to nie miesci aby takie zdarzenie z dnia na dzien spowodowalo
decyzje o rozwodzie. cala moja rodzina przyznaje ze nie zrobilem madrze i to
ten policzek nie powinien miec miejsca ale ze to nie moze byc podstawą do
rozwodu. dodam ze moja zona ma bardzo wysokie mniemanie o sobie, jest tzw
wojujaca feministką - wersja soft, i jej mama jest po dwoch rozwodach.
i pytanie a raczej prośba o potwierdzenie, że całe to zdarzenie nie uzasadnia
rozstania i rozwodu.
co sądzicie.ja jestem przekonany że coś takiego nie może zruinować życia nam
i dziecku przede wszystkim ale ona myśli wręcz odwrotnie.od czasu urodzin
dziecka nie było nawet czasu zeby się cieszyć z tego że jest.