mala_rewolucja
23.05.05, 11:29
Znamy się siedem lat. Od pieciu mieszkamy razem. On jest troskliwy,
inteligentny i błyskotliwy. Często mi imponuje, ale ( zawsze jest jakieś "ale"
)...On sam jest dla siebie najważniejszy. Jego dobro jest na pierwszym
miejscu. Dlatego nie chce mieć dzieci, bo to stanełoby mu na drodze do
realizacji swoich marzeń. Przy ostatniej rozmowie (dośc burzliwej)
powiedział,że przeraża go instytucja małżeństwa, bo tak wiele zwiazków wokół
nas się rozpada. Ludzie się przy tym bardzo zmieniają i on "nie chciałby
zostać oskubany przy rozwodzie..." Jak to usłyszałam to poczułam jakbym
dostała obuchem w łeb. Zna mnie tyle lat i powiedział coś takiego. Nie jestem
wstanie tego pojąć . Nie byłabym wstanie niczego mu zabrać. Ani teraz, ani po
ślubie. Jestem samodzielna. Zarabiam na siebie. Mieszkamy w moim mieszkaniu.
Jedyne czego chce od drugiej osoby to miłość, czułość, partnerstwo.
Czy takie podejście do życia w obecnych czasach ( w pogoni za pieniędzmi i
pozycją społeczną) jest normalne? Czy ja coś wyolbrzymiam? Jaki ma sens bycie
z kimś takim? Czy to co powiedział powinno otworzyć mi oczy na to jaki jest na
prawdę? Sam już nie wiem:((
Pozdrawiam
MAła Rewolucja