ciotka.stefana
13.06.05, 21:39
Od siedmiu lat jestem w związku. Raz było dobrze, raz źle. Ostatnie miesiące
to prawie ciągle źle - kłótnie, nieporozumienia. Zatraciliśmy sie,
zapomnieliśmy o uczuciu, nie rozmawiamy ze soba praktycznie. dawno nie
słyszałam, że mnie kocha, jest zimny, ja zreszta też. Czesto rozmawialiśmy o
rozstaniu, on nie widział wspólnej przyszłości ze mną. Kilka tygodni temu
poznałam facet i... stało się , zakochałam się. On dał mi to, czego brakowało
mi w moim długim związku - wspólne spacery, rozmowy, pocałunki pełne
namietności. Widział we mnie atrakcyjną kobietę, adorował, czułam się jak w
bajce. Gdy zdecydowałam się odejść, ten z którym byłam tyle lat zaczął mnie
błagać, abym została- zapewniał o swojej miłości, że się zmieni, że wszystko
zrozumiał, że jestem jedyną kobietą, kobietą jego życia którą traci... w
końcu wylądował w szpitalu ze stanem prawie przedzawałowym. Siedziałm przy
jego łóżku i myślałam... co teraz? Czy tamta krótka znajomość ma szanse? Czy
po prostu dostałam wszystko za czym tęskniłam, a potem? Zawsze na początku
jest pięknie - kwiaty, pocałunki, trzymanie za ręce i zaglądanie w oczy. Czy
zostać z tym, który deklaruje ze się zmieni, czy moge mu wierzyć, czy
naprawdę zrozumiał? czy odejść i zacząć niewiadome z tym nowopoznanym? Z
jednej strony coś ciągnie mnie do tego nowego, ale żal mi tez tych wszystkich
lat... a jeżeli stracę szanse na przezycie czegoś wyjątkowego, szanse na
szczęście zostając? A jeśli odejdę i to nowe okaże sie pomyłką? nie wiem, nie
wiem