wrazliwa.kobieta
12.07.05, 21:08
Dlugo sie zastanawialam czy zakladac ten watek i czy, jak juz zakladac, to
pytac inne kobiety o rade. Pomyslalam jednak, ze w razie czego zgnoicie mnie
i zdepczecie :-) W innej perspektywie - doradzicie co mam zrobic.
W swoim dotychczasowym zyciu mialam doczynienia z kilkoma mezczyznami.
Wszyscy byli dla mnie atrakcyjni - wyksztalceni, z podobnymi
zainteresowaniami (glownie muzycznymi), namietni. Twierdzili, ze jestem ich
idealem i cecha ta byla niezmienna, wiec to ja zawsze odchodzilam. Nie
dlatego, ze sie znudzilam. Po prostu, przestawalo mi sie podobac to ciagle
slodzenie, telefony co 5 minut, zdrobienia mojego imienia, brak czasu dla
siebie, ciagle zamartwianie. Probowalam poprzez rozmowe rozwiazac ten
problem, ale to nic nie dawalo. Kochalam tych mezczyzn na swoj sposob, ktory
wykluczal falsz i oblude z mojej strony. Cierpialam przy rozstaniu, ale
zdawalam sobie sprawe, ze druga strona cierpi jeszcze bardziej - to
przywiazanie do mnie musialo byc ciezkie do wyeliminowania. Pozniej zwykle
musialam zmienic numer telefonu dla wlasnego spokoju, podobnie skrzynke
mailowa. i to pierwsza czesc tej historii.
Druga czesc to stosunek kobiet do mnie. Glownie w pracy. Prawie nigdy nie
zaznalam co to kolezenstwo czy przyjazn z kobieta. Pamietam tylko takie
smieszne uklady z dziecinstwa, ktore przeminely, gdy wydoroslalam. zawsze ze
strony kobiet odczuwalam jakas niesamowita zazdrosc. W rozmowie -
lekcewazenie, w pracy - zle traktowanie. na studiach bylam zauwazalna. zawsze
duzo sie uczylam i ciekawilo mnie to, co robie. Byl to kolejny powod do
trzymania sie z dala ode mnie. W pewnym momencie doszlo do takiej sytuacji,
ze merytoryczne dyskusje udawalo mi sie prowadzic tylko podczas zajec z
wykladowca. pamietam tez, ze kiedys zwolniono mnie z pracy (szefem byla
kobieta), bo bylam "za mila dla klientek" (sklep z kobiecymi ubraniami w
NYC). To druga czesc historii.
Jeszcze nie spicie??? :-))
Trzecia czesc bedzie o mnie. Jestem zodiakalna rybka i uwazam sie za osobe
nadwrazliwa. czesto mam wrazenie, ze moja sfera duchowa dominuje nad moim
zyciem. Gdy jestem z kims w zwiazku - staram sie byc perfekcjonistka. Wiem,
ze to glupie, ale lubie okazywac swoja milosc i przywiazanie poprzez
gotowanie wymyslnych potraw, zawsze czysty i pachnacy dom, prasowanie koszul,
itp. Estetyzm zawsze byl u mnie wazny. Z druga osoba lacze mnie tez wspolne
zainteresowania - przewaznie muzyczne i filmowe. Mezczyzni zarazili mnie tez
pasja do ciekawych gier komputerowych i w wiekszosci przypadkow okazywalo
sie, ze jestem jedyna kobieta, ktora w takowe gra.
No i czwarta czesc tej smiesznej historii - czyli moj problem.
Mam ciagle niepowodzenia w zyciu.
Jestem obecnie w zwiazku z mezczyzna, ktorego bardzo kocham, a ktory, jako
jedyny, nie uzaleznil sie jeszcze ode mnie. Kiedys, w relacjach z pprzednimi
partnerami, cieszylabym sie z tego powodu. teraz jest mi smutno i strasznie
cierpie. Bo to wlasnie ten, jedyny, wymarzony, a on ma problemy ze sfera
uczuciowa, odwrotne do moich. czesto jest zimny, zgorzknialy. Jestem jego
pierwsza kobieta, bo twierdzi, ze "wczesniej nie mial czasu na takie
glupoty". Dlugo byl sam i ciezko mu wyzbyc sie egoizmu. rzadko mnie chwali,
czesto krytykuje, choc z drugiej strony potrafi powiedziec, ze mam do niego
anielska cierpliwosc i jestem jedyna osoba, poza jego psem, ktora wytrzymala
z nim ponad godzine. Jestesmy razem 8 miesiecy i w tym czasie uslyszalam
kilka razy zaledwie, ze mnie kocha, raz tez odwazyl sie powiedziec, ze nie
moze beze mnie zyc, ale zrobil to po dwoch dniach, w czasie ktorych nie
odezwal sie do mnie ani slowem, gdyz uznal, ze nie ma takiej potrzeby.
Mieszkamy razem i czasami, gdy wraca z pracy, nic do mnie nie mowi przez
kilka godzin, po czym namietnie mnie caluje i przytula sie. Ciezki charakter.
A ja wlasnie dopiero przy nim poczulam, ze kocham prawdziwie. On jednak
potrafi powiedziec czesto cos co mnie zaboli. Wiem, ze swietnie gotuje i
wszyscy zawsze byli pod wrazeniem mojej kuchni, a on zwroci czasem uwage, ze
cos mu nie smakuje. jest pedantem i esteta i ciezko sprostac jego wymaganiom.
To tez jeden z powodow, dla ktorych nie zwiazal sie nigdy z kobieta. Teraz, w
relacjach z nim, wyjatkowo mi zalezy na jego przywiazaniu, chcialabym, zeby
bardziej okazywal mi swoje uczucia. Wiem,z e ma problemy, zeby sie otworzyc.
Nie rozmawia ze mna o swojej pracy. Wspolne pasje docenia, ale nie lubi sie
nimi dzielic, tzn. nie lubi wymieniac sie spostrzezeniami na temat rzeczy,
ktore nas wspolnie interesuja. Ma w mieszkaniu swoja szafke, z osobistymi
rzeczami - rachunki, zdjecia rodzicow, itp. - zamkniete na kluczyk, ktory
nosi z soba. Czesto rozdziela co jest jego, a co moje, nie tworzy czesci
wspolnej. Powiedzial mi, ze ma z tym duzy prolem i chcialby to zmienic, ale
boi sie utraty niezalezlosci i wolnosci, ktora hodowal przez cale swoje
zycie. A ja cierpie, bo moje doswiadzcenia nauczyly mnie inaczej - dawac
innym, nic nie brac dla siebie. Jestesmy bardzo podobni w postrzeganiu swiata
i rzeczywistosci nas otaczajacej, takie same rzeczy lubimy, to samo nas
interesuje, ale mamy zupelnie rozne doswiadczenia - on wielkiego samotnika,
ja zawsze otoczonej opieka osoby.
Moze ktos z was mial podobny problem? Jak zaakceptowac czyjas innosc? jak
nauczyc sie siebie? Jak zmienic cos w sobie i jak przekonac do zmian druga
osobe?
Jestem gotowa dla niego cos zdzialac w tej materii, mysle, ze on takze
chcialby sprobowac. W koncu kazdy poszukuje w zyciu jakiegos spokoju i
harmonii. A i mi latwiej byloby nie przejmowac sie tak bardzo i uzalac.
Wkurza mnie juz to, ze ciagle sie rozklejam. Denerwuje permanentne
przejmowanie innymi ludzmi.
Czekam na rady.