Wyszłam za mąż z rozsądku - czy tu jest taka osoba

22.01.06, 18:33
Pytanie jak w temacie.

Forum jest anonimowe, więc mozna chyba być szczera/ym chyba.

Czy któraś z Was wychodząc zamąż czuła,że tak naprawdę niekocha swojego męża?

A wyszła zamąż poprostu ,jak to sie mówi ,,z rozsądku,, .

I jakie są wasze odczucia po dłuższym pożyciu w małżenstwie z osobą
niekochaną?

A może z czasem przyszła miłość do tej osoby ? :-)

Opiszcie, jeżeli chcecie w kilku zdaniach wasze doświadczenia.
    • asiulka81 ja na razie nie dopuszczam takiej mysli, 22.01.06, 18:35
      slub z rozsądku-fuj!, ale kto wie co bedzie za kilkanascie lat...
    • olek_creative Re: Wyszłam za mąż z rozsądku - czy tu jest taka 22.01.06, 18:51
      byłem w szoku jak mama mi ostatnio powiedziała, że przed ślubem nie wiedziała
      co do znaczy "kochać". Wyszła za maż z rozsądku.
      Była 2,5 roku z innym facetem, zobaczyła mojego tatę, on się jej oświadczył na
      3 spotkaniu. Teraz są z 30 lat po ślubie i najszczęśliwszą parą na świecie.

      Moja ciotka wyszła z miłości - teraz męczy się
    • 21magnolia Re: Wyszłam za mąż z rozsądku - czy tu jest taka 22.01.06, 21:39
      Wazniejsze od milosci (ktora mozna przeciez roznie definiowac) jest to, zeby
      maz akceptowal Cie taka jaka jestes, nie czepial sie, nie probowal zmienic,
      zeby byl Twoim najlepszym przyjacielem. Gwaltowne namietnosci wypalaja sie i
      nie pozwalaja nam zauwazyc ze poza nimi nic nas nie laczy.
    • poziomka35 Re: Wyszłam za mąż z rozsądku - czy tu jest taka 22.01.06, 22:41
      A co to znaczy wyjść za mąż z rozsądku? Rozumiem, że go nie kochałaś, ale co
      Cię w takim razie skłoniło do tego slubu? Dlaczego "nie wyjście za mąż" byłoby
      niezgodne z rozsądkiem? Nie rozumiem ludzi, którzy pobieraja się z rozsądku.
      Czasem tym "rozsądkiem" jest dziecko, ale czy to takie mądre fundować dziecku
      rodzinę, która po pewnym czasie może się rozpaść?
      • mrs.solis Re: Wyszłam za mąż z rozsądku - czy tu jest taka 23.01.06, 00:56
        Co jest takiego dziwnego w malzenstwie z rozsadku? MOzna spotkac kogos,kto jest
        dla nas idealnym partnerem,przyjacielem, nadaje na tych samych falach,ma
        poukladane w glowie,podoba nam sie fizycznie tylko brak tego zakochania i co
        wtedy? Odpuscic sobie takiego goscia i w zamian wyjsc za maz za zimnego
        sku..ela,bo w takich najgwaltowniej i najgorecej niestety sie kochamy.
        Ja juz dziekuje za goraca milosc do kogos kto na mnie nie zasluguje juz to
        przerobilam,a malzenstwo z kims takim szybciej sie skonczy niz te "z rozsadku".
        • wielo-kropek Re: Wyszłam za mąż z rozsądku - czy tu jest taka 23.01.06, 01:12
          Nie chcialbym za nic w zyciu zyc z kobieta ktorej bym nie kochal. Byloby
          to gorsze od spozywania jedzenia ktore byloby niesmaczne dla mnie. Mam
          kobiete ktora kocham. Jestem z nia bo mi rozsadek tez tak nakazywal. Czy
          naprawde dla niektorych jest niemozliwe by powiazac jedno z drugim? To
          przeciez takie latwe. To tak jak do nieslonej zupy dosypac troche soli.
          • mrs.solis Re: Wyszłam za mąż z rozsądku - czy tu jest taka 23.01.06, 05:44
            Kto powiedzial,ze w takim zwiazku pozniej nie ma milosci???? Skoro wychodzi sie
            za maz z rozsadku, w tym wypadku za osobe dobra i odpowiedzialna to ja nie
            widze przeszkody w tym zeby taka osobe pokochac nawet jesli na poczatku nie
            bylo zbytkich fajrrwerkow. Malzenstwa bez milosci tez sobie nie wyobrazam,a jak
            do tej pory to te,ktore znalam byly zawierane pod wplywem wlasnie tej wielkiej
            milosci,ktora jakos po slubie w niedlugim czasie gdzies sie ulotnila i nie
            zostalo juz nic.
            • yagres Re: Wyszłam za mąż z rozsądku - czy tu jest taka 23.01.06, 06:38
              Każde małżeństwo jest zawierane także z rozsądku. Sama miłość nie wystarczy,
              tzn. wystarczy na pewien czas. To co pamietam jeszcze ze studiów, to żeby
              małżeństwo było trwałe potrzeban jest więż emocjonalna, fizyczna i gospodarcza.
              Rozsądek jest właśnie taką więzią gospodaczą.
              Jeśli on i ona mają mnóstwo pieniędzy, stać ich na własne mieszkanie, samochód,
              każdy ma dobrze płatną i pewną pracę więź gospodarcza zanika i tym samym zanika
              uzależnienie jednej osoby od drugiej. Taki układ jest ale nie musi się z
              biegiem czasu rozpaść, jest tylko większe prawdopodobieństwo rozpadu.
    • mmagi a ja dzis do pracy;-) 23.01.06, 10:08

    • kurka.mala Re: Wyszłam za mąż z rozsądku - czy tu jest taka 23.01.06, 14:08
      Mam 23 lata, nie jestem mężatką, ale wydaje mi się, że nie ma nic złego w
      wychodzeniu za mąż z tzw rozsądku. To tylko tak strasznie brzmi :) Bo jeśli
      wiążemy się na stałe z osobą, o której wiemy, że za 20 lat nadal będziemy mieli
      sobie coś do powiedzenia, to nie jest nam ta osoba obojętna, może właśnie to
      jest prawdziwa miłość, która dojrzewa i realizuje się przez lata, potwierdzana
      wspólnymi przeżyciami, sytuacjami, w których mogliśmy na partnerze polegać.
      Taka prawdziwa miłość to chyba musi być "potwierdzona", to wspólne życie,
      dogadywanie się, uzupełnianie się nawzajem, wspieranie etc. Mam wrażenie, że
      wszyscy (przynajmniej taka jest świadomość obyczajowa) poczytują za miłość to
      gwałtowne odurzenie, zauroczenie, zakochanie w drugiej osobie, przy czym tak
      naprawdę niewiele wiemy o tej osobie, bo jak można trzeźwo ocenić, poznać w
      takim stanie? Będąc zakochanymi jesteśmy pod wpływem narkotyków wydzielanych w
      naszym mózgu, to nic innego jak tylko chemia, a powrót do rzeczywistości bywa
      bolesny i bywa rozczarowaniem. Podejmując tak ważną decyzję (o wspólnym życiu)
      pod wpływem emocji robimy straszne głupstwo, często odpokutowywujemy te
      młodzieńcze porywy przez całe życie, plując sobie w brodę "jaki to człowiek był
      głupi". Nie uważam żebym była zgorzkniała wygłaszając takie opinie, wydaje mi
      się, że to .. po prostu życie.
      Aha, ktoś mądry powiedział kiedyś: "kochać to nie znaczy patrzeć na siebie
      nawzajem lecz patrzeć razem w tym samym kierunku" O to mi chodziło.

      A i napiszę może jeszcze tak z autopsji: kiedyś byłam z chłopakiem, którego jak
      mi się wydawało bardzo kochałam, ze wzajemnością zresztą. Taka pierwsza
      najsilniejsza szczenięca miłość (albo może w świetle moich wcześniejszych
      rozważań wypadałoby napisać: fascynacja). Wiem, że wspomnienie tego co było
      będzie ze mną do końca życia. Jednak nie byliśmy ze sobą długo, zerwałam, coś
      mnie męczyło, ale nie wiedziałam co, nie wiedziałam co jest nie tak. Niby
      chwile które spędzaliśmy razem były cudowne i wtedy niczego mi nie brakowało,
      ale jakoś tak, nie wiem.. Dzisiaj wiem, że po prostu nie byliśmy dla siebie,
      prędzej czy później nasze drogi rozeszłyby się, bo nic poza tą (bardzo silną)
      fascynacją nie było. A mówił nawet o ślubie, nie wyobrażał sobie życia beze
      mnie. Myślę, że po paru latach (o ile tyle byśmy wytrwali), gdy czar by już
      dawno prysł, nie moglibyśmy na siebie patrzeć. Wywodziliśmy się z różnych
      środowisk, wykształcenie biegunowo różne, obracaliśmy się w zupełnie odmiennych
      środowiskach, inne zainteresowania etc, mogłabym tak wymieniać i wymieniać. I
      choć głupi sentyment zawsze zostanie (po tych kilku latach jakie minęły od
      zerwania, jeszcze wodzi za mną maślanym wzrokiem gdy mnie zobaczy), to jednak
      wiem, że to nie jest mężczyzna dla mnie. Może już nigdy żaden nie wzbudzi we
      mnie tak silnych emocji, ale wiem, że nie to jest najważniejsze. I nie mówię
      tego z żalem.
Inne wątki na temat:
Pełna wersja