olusia19
03.03.06, 12:15
Pomóżcie proszę! "Wara od moich pieniędzy!"
Nasz związek (dla obojga drugi) liczy 23 lata, dziecko 11, małżeństwo
formalne 6 lat. 11 lat różnicy wieku: on wyższe wykształcenie, ja średnie.
Nałogów brak, z tym że mąż jest kolekcjonerem i są to jedyne dziedziny
autentycznie go interesujące. Potrafimy razem spędzać czas np. w lesie,
potrafimy robić wiele wspólnych rzeczy (np. odnawiać mieszkanie). Większość
nieporozumień zasadza się na braku pieniędzy. Rząd braku: 300 – 600 zł
miesięcznie. Oboje pracujemy, tylko „po dziecku” otrzymałam 1/3 poborów.
Dziecko stało się celem najwyższym: chorowite, trudne do prowadzenia, do dziś
wymaga szczególnej opieki, więc zrezygnowałam z zawodowych ambicji... Nigdy
nie mieliśmy wspólnej kasy, bo w poprzednim małżeństwie mąż podobno oddawał
pieniądze żonie i „tego błędu nie powtórzy”. Próby planowania zakupów i
męskich finansowych rządów powodowały szybki chaos. O wszystko musiałam
prosić i życie zamieniało się w koszmar łaski i niełaski. Zbierałam więc
rachunki z każdego wydatku i sklepu, robiłam notatki – wyśmiał mnie, bo on
płaci za mieszkanie i media. Zawsze umiałam szyć, robić na drutach,
skończyłam jeszcze kursy profesjonalnego szycia - miałam dużo klientek, ale
prowizoryczna pracownia w domu sprawia, że druga osoba powinna wyręczyć w
innych sprawach. Mąż płoszył klientki pytaniami przez drzwi „długo ona tam
będzie jeszcze?” itp. przykrym zachowaniem. Usiłował głównie polegiwać
popołudniami pod hasłem niesprecyzowanych dolegliwości. Umierałam ze
zmęczenia, obiady gotowałam nocą, a w międzyczasie cicho w kuchni wykańczałam
rzeczy, żeby nie hałasować maszynami w przedzielonym pokoju. Kroiłam rano
przed wyjściem do pracy. Cały czas biegiem. Spałam 2 godziny, a czasem mniej.
Około 1,5 roku tak trwało. Permanentne zmęczenie. Wszystko inne zaniedbane.
Mąż cały czas zbuntowany, aż kiedyś wykrzyczał, że takiej głupiej baby to
jeszcze nie widział, co ciągle ma wymagania, że gdyby nie on, to zdechłabym z
głodu, razem z dzieciakiem, którego on nie chciał, że to co ja robię, to
można sobie wsadzić... i może powinnam sobie innego chłopa znaleźć
(bogatego!). Opadły mi ręce i po prostu przestałam się zabijać. Nastąpiła
sytuacja, w której dla ogólnej pogody ducha jakaś niewidzialna ręka ma
zorganizować i sfinansować lwią część wydatków w zamian za spokój (uznaje
jedzenie dobre gatunkowo i urozmaicone, desery, ciasta), ma być co trzeba, bo
inaczej to... on się „wyprowadzi, bo ma dokąd” (do jego matki). Wówczas żyła
jeszcze i niewątpliwie dolewała oliwy, poza moimi plecami, a kontakty
miałyśmy z jej strony sztywne, taksujące. [Gdy umarła znalazłam półkę z
upominkami otrzymanymi ode mnie - takie muzeum niechcianych rzeczy.] Jakoś
się zamotałam – małe chorowite dziecko, perspektywa wygrażanej nowej
samotności z dzieckiem – strach – po cichu wzięłam pożyczkę. Nastrój wrócił
do normy. Ale pożyczka to jest „z kupki”, trzeba spłacić. Pobory
pomniejszone. Potem musiałam wziąć następną. To nie jest sposób na życie! Już
nie miałam jak ograniczać wydatków. Kiedyś się popłakałam, upokorzyłam i mąż
spłacił debety. Ale zachowań nie zmienił i od nowa pożyczyłam. Leki są
drogie, buty z nóg spadają, podmiejski ciucholand za 5 zł też za drogi.
Umarła teściowa i zostawiła mieszkanie, myślałam, że wynajmiemy choćby za
czynsz, ale tam jest rodzaj ołtarzyka po teściowej, przy napiętych stosunkach
mąż mawia, że ma dokąd odejść, i ... uszczupla nasze marne dochody o
utrzymanie tamtego pustostanu, bo przedtem teściowa za to płaciła. Z dumą
pokazuje mi groszowe rachunki za światło i wodę, porównuje je z
naszymi. „Wara od moich pieniędzy!” krzyczał ostatnio. Po mnie nie spływa,
zostaje. Przestałam czuć się kobietą, depresyjne nie kontroluję pożerania
chleba, utyłam, nie sypiam. Z żalem patrzę na upływający czas, żal mi
dziecka, ignorowanego natychmiast w złym nastroju tatusia. Ono jest jakby do
mnie przypisane, fakt - to ja chciałam mieć dziecko, tak bardzo je kocham...
Potem mąż mówi, że nas kocha i najważniejsze, żebyśmy w spokoju dziecko
wychowali. Jakiś paradoks! Czasem myślę, że to zły sen. Miłość „na dobre”,
a „złe” jest moje? Finanse „ratuje” ciągły debet, pożyczki na koncie i w
pracy, oraz emerytura mojej matki. Może to dlatego, że mąż pochodzi z domu,
gdzie nigdy nie brakowało? Chciałam udać się do jakiejś rodzinnej poradni,
ale on nie pójdzie, wyzwał mnie od głupich, i różnych, kazał mi się samej
leczyć na głowę, bo jest zdrowy. Musiałabym zarabiać dużo i chyłkiem, by
zdjąć z niego wszelkie kłopoty, wówczas on ma gest i opłaci urlop... z tego,
czego nie dołożył wcześniej, bo oszczędza. Boję się przyszłości. Co dalej?