akzcalis
04.04.06, 20:49
Witam,
Obecnie mieszkam i studiuję poza Polską. Wkrótce kończę naukę tutaj i będę
wracać do kraju. Mam tu jednak pewną niedokończoną bolesną sprawę.
Byłam tutaj w bardzo szczęśliwym związku. Dla wszystkich znajomych byliśmy
przykładową parą. Zakochani, tak mocno. Nie potrafiliśmy sobie wyobrazić
życia bez siebie. Pewnym utrudnieniem było mieszkanie w różnych miastach.
Oboje studenci – zawsze jednak jakoś sobie radziliśmy, by być ze sobą. Nawet
nieobecności na zajęciach (bowiem albo on był u mnie albo ja u niego) nie
były dla nas większym problemem, bowiem nawzajem mobilizowaliśmy siebie do
nauki. Oboje ambitni, mieliśmy plany na wspólną przyszłość, dobrą przyszłość.
Pochodziliśmy z różnych krajów, różnych kontynentów, różnych kręgów
kulturowych, lecz byliśmy zdolni zrozumieć siebie, różnice między nami nie
stanowiły dla nas przeszkody, lecz raczej nas ciekawiły. Wszystko było dobrze
aż do momentu, gdy zaszłam w ciążę. To rozpoczęło problemy między nami. Ja
chciałam ciążę utrzymać. On był przeciwnego zdania. Twierdził, że na dziecko
jest jeszcze za wcześnie, że zdecydujemy się na nie, kiedy oboje będziemy
gotowi. Ja podobnie twierdziłam, póki nie zaszłam w ciążę, lecz gdy już życie
było we mnie – chciałam go. Długo o tym rozmawialiśmy i zdecydowaliśmy się
przerwać ciążę. Najpierw próbowaliśmy za pomocą tabletek wczesnoporonnych,
ale nie zadziałały. Z powodu ciąży i tej kuracji bardzo źle się czułam – na
dodatek trafiła mi się wtedy sesja bardzo ważnych egzaminów. On wtedy mnie
wspierał, gdy źle się czułam nawet płakał. Gdy tabletki nie przyniosły
skutku – zdecydowaliśmy się na zabieg. Zabrał mnie do kliniki dla kobiet,
gdzie ginekolog dokonał aborcji. Mój mężczyzna jako student ostatniego roku
medycyny – na moją prośbę – był ze mną w środku w pokoju zabiegowym i
asystował przy zabiegu. Gdy zasypiałam po otrzymaniu środka nasennego –
trzymał mnie za rękę i patrzył mi się w oczy. Gdy się wybudzałam się z
narkozy – znów mnie trzymał za rękę. Zabrał mnie do domu i cały dzień się mną
opiekował. Cały czas powtarzał, że za kilka lat będziemy mieli dzidziusia, że
jestem jedyną kobietą, z którą chciałby spędzić życie, jak mocno mnie kocha.
Następnego dnia byłam w złym humorze, byłam załamana. Czułam się winna.
Powtarzałam, że zabiliśmy nasze dziecko, powiedziałam mu, że on je zabił.
Później po prostu byliśmy razem w mieszkaniu. Bez mówienia, po prostu siedząc
i patrząc się na siebie. Powiedział, że musi wyjść na 5 minut, by coś dać
koleżance. Nie wracał, więc zadzwoniłam. Powiedział, że poszedł do znajomych
i musi przemyśleć różne sprawy. Gdy dalej nie wracał – wysłałam mu smsa z
zapytaniem. Odpisał, że wraca do siebie do swojego mieszkania, do swojego
miasta. Od tamtego dnia się nie odezwał. Ja bardzo ciężko przechodziłam
utratę dziecka i mężczyzny. Próbowałam popełnić samobójstwo – tabletki
nasenne. Ale mam chyba pecha (choć w tym przypadku to z perspektywy czasu –
szczęście) do tabletek, bo nie zadziałały. Kolejnego dnia zmusiłam się, by
pójść na zajęcia. Nie byłam się jednak w stanie nad niczym skupić. Wróciłam
do mieszkania. Płakałam. Wpadłam na pomysł, że muszę się od tego wszystkiego
oderwać. Wyjechać. W następny dzień przygotowałam wszystko do wyjazdu,
pozałatwiałam różne sprawy i kolejnego dnia wyjechałam za granicę.
Zamieszkałam z przyjaciółmi. Jeden z nich jest pielęgniarzem, więc mną się
zajął. Wszyscy się mną zaopiekowali. Dbali, bym nie miała czasu myśleć o tym,
co się stało. Gdy wracałam do siebie byłam już w lepszym stanie, lecz powrót
to miejsc, które mi się kojarzyły z przeszłością był trudny. Zmieniłam się
bardzo. Ścięłam włosy na krótko, zmieniłam styl ubierania się. Zaczęłam
chodzić na przyjęcia, pić alkohol, bawić się. Zmieniłam krąg znajomych, w
których się obracałam. Zachowywałam się tak jakbym chciała zapomnieć, o tym,
co się stało poprzez całkowitą zmianę siebie, swojego stylu życia. Jednak z
upływem miesięcy powracałam do dawnej siebie. Jednak rany się do końca nie
zagoiły. I gdy tylko coś przypomni mi o ciąży, dziecku, aborcji, o nim – łzy
same spływają mi policzkach. To nadal boli. Czuję bowiem, że problemy nie
zostały rozwiązane, a jedynie wybudowałam wokół nich mur, ścianę, jednak nie
z kamienia, lecz ze szkła – i najdrobniejsza rzecz jest go w stanie zburzyć.
On do tej pory się ze mną nie skontaktował. Nawet nie zadzwonił. Nic. Ja też
nie próbowałam się z nim kontaktować. Nigdy bym się tego po nim nie
spodziewała. Tego, że odejdzie, że zostawi mnie dzień po aborcji. Najpierw
wydawało mi się, że nie mam już po co dalej żyć, potem bardzo chciałam żyć,
pokazać sobie i innym, że jestem silna. Nie wyobrażam sobie nikogo pokochać –
tak jak kochałam jego. Nawet nadal, po tym wszystkim, co się stało – go
kocham. Moich znajomych dziwiło, że ja nie pozwalałam powiedzieć na niego
niczego złego. Raz tylko pojechałam do jego miasta – na ważną dla mnie
konferencję. Bałam się go wtedy spotkać. Zobaczyłam go przypadkiem na
uczelni – on mnie nie widział. On też się bardzo zmienił – zapuścił brodę,
przytył.
Za miesiąc stąd wyjadę. Pojawia się pytania, czy powinnam rozdzierać rany,
skontaktować się z nim, czy mamy sobie wyjaśnić. Będzie to bardzo bolało,
lecz wyjazd bez odpowiedzi nie będzie trudniejszy? Po prostu oboje nie
byliśmy gotowi na takie trudności, na rozwiązanie tylu problemów. Oboje
popełniliśmy błędy. Ja – będąc w ciąży i w chwili przeprowadzenia aborcji –
nie byłam taka jak dawniej. Lecz on nie wziął na siebie odpowiedzialności za
nas, odszedł, nie walczył, odszedł, uciekł, porzucił, skrzywdził. To tak
bolało – wracać do tego, czy tak po prostu wyjechać i nigdy więcej się nie
spotkać??