marynia281
05.05.06, 12:25
Jestem w trudnej sytuacji, z którą nie mogę sobie poradzić. Mam 28 lat, z
facetem jestem od dwóch lat. W lipcu ubiegłego roku się "oświadczył" -
byliśmy w dyskotece, wyszliśmy na dwór i poprosił mnie o rękę. Trochę to
nietypowe jak dla mnie. Nie wymagam pierścionka, kwiatów, ale mogło być
trochę inaczej. Potem wielokrotnie wracał do tematu ślubu, prosił żebym
odstawiła tabletki. Zgodziłam się. W czerwcu bronię doktoratu, więc
postanowiłam, że od maja "idziemy na żywioł" Prosił żebym wyznaczyła datę ś.
Wybrałam 3 czerwca, zgodził się (tylko nikomu o tym nie mówiliśmy). Ale...
święta spedził z kolegami, coraz rzadziej sie spotykamy... Po świetach byłam
zła, więc zadzwoniłam, że ślub w czerwcu to kiepski pomysł... przyznał mi
rację. Jest mi potwornie przykro. Czuję się ignorowana. Co z tego, ze
powtarza, ze mnie kocha, skoro nie szanuje i nawet nie ma dla mnie czasu....
Chyba czas sie rozstać. Ale to takie bolesne...