rozdarta28
25.09.06, 14:30
Witajcie!
Jest mi tak trudno i zle, ze chce napisac na tym forum i blagam o komentarze,
pewnie niezbyt przychylne, ale i o zrozumienie i porade, gdyz cierpie
strasznie..
Jestem zona cudownego czlowieka, mamy dziecko ponad roczne i jestesmy ogolnie
rzecz biorac szczesliwa rodzinka.
Problem tkwi tylko we mnie chyba..
Nasza sytuacja ostatnio jest dosc ciezka, zyjemy z bardzo malutka iloscia
pieniedzy, sama teraz szukam pracy i nie jest latwo, choc trzymamy sie..
Jednak jestem dosc wykonczona ponad rocznym "siedzeniem" w domu, zajmowaniem
sie dzieckiem, sprzataniem itp.., co lubie, ale i juz mnie meczy, gdyz mam
wielka ochote robic cos poza tym.
Maz pomaga mi bardzo, z dzieckiem jest to najlepszy tatus, ja bardzo Go
kocham, ale... No wlasnie.
Brakuje mi przyjaciol, mimo iz maz jest mym najlepszym przyjacielem (nie
mieszkam w Polsce) jestesmy bardzo rozni, wiec o pewnych sprawach nie
rozmawiamy po prostu.. Zaczynam zastanawiac sie czy kiedys rozmawialismy?
Chyba wiecej..ale teraz dziecko, tyle zajec, wieczne zajmowanie sie naszym
synkiem, ktory nalezy do bardzo ruchliwych (kochamy Go nad zycie oboje)
jednak..to wszystko slozylo sie chyba na zwykla...rutyne..jak sadze..
Maz jest we mnie zakochany, chyba jest szczesliwy, gdy go pytam twierdzi, ze
tak. JA tez jestem, lecz cos sie we mnie zmienia..
Poznalam mezczyzne..
On zakochal sie we mnie i mowi mi to otwarcie.. Zaczynalismy jako znajomi,
szukalam przyjazni, bylam baaardzo ostrozna i uwazalam, bo wiem jak moga
skonczyc sie takie sprawy.. Moj maz ma do mnie calkowite zaufanie, wierzy mi,
ja poza tym niczego zlego nie zrobilam. Mezowi nie przeszkadza, ze czasem
spotkam sie z przyjacielem, a ja zawsze jestem Mu wierna. Wiec gdzie problem?
Otoz..ostatnio zaczelam zdawac sobie sprawe, iz cos czuje.. Nie jestem
zakochana, bron Boze, ale pewnie zafascynowana...w pewiem sposob. Nie czuje
pociagu fizycznego, ani nie mysle o seksie, lecz jakby ..gleboka wiez duchowa
z tym "przyjacielem"..
No i tutaj tkwi problem. Spotkalismy sie niewiele razy, duzo rozmawiamy przez
telefon, poznajemy sie, jest wielkie porozumienie.. Dla mnie problem w tym,
ze zdalam sobie sprawe jak rozni jestesmy z mezem, i ze ja jakos nie czuje
juz tego czegos, tej iskry... Zdaje sobie sprawe, iz nad nia trzeba panowac,
ze tamto moze byc tylko przelotnym zauroczeniem, wiec nie chce psuc
wszystkiego dla chwili, nic zlego nie zrobie, ale..uczuc powstrzymac nie
potrafie.. Nie wiem co sie ze mna dzieje, byc moze sama sobie odpowiadam
teraz na pytanie, ale jak sobie poradzic z tym wszystkim? Kocham meza bardzo,
kocham mego synka nad zycie, nie cche psuc naszego zwiazku. Maz nie sadzi,
bym cos czula do "przyjaciela", do niczego nie doszlo miedzy nami i nie chce
by doszlo, ale..czuje sie jak w srodku huraganu.. Drze wewnetrznie, nie wiem
jak poradzic sobie z tymi uczuciami.. Powiedzialam znajomemu, ze wiecej sie
nie powinnismy widziec, On tez nie chce nas rozdzielac, rozumie, choc
cierpi.. To dobry czlowiek, sam zanalazl sie tez w srdoku burzy, nie chce
mnie naciskac ani psuc mej rodziny.
Najlatwiej jest oceniac ludzi, ale teraz widze, ze sa sytuacje
typowo "filmowe", ktore..nie sa takie latwe do rozwiazania..
Na razie trzymam sie, choc cala drze, myslac, ze juz go nie zobacze, wiem ze
tak lepiej...ale te uczucia.. Jak je w sobie zdusic?
CZego mi brakuje? Dlaczego czuje jakby mniej do meza..?
Co robic?
Ach, pewnie sporo osob ma taki problem..Co robicie?
Dziekuje, pozdrawiam..
Rozdarta28