aborcjimowimynie
26.11.06, 21:37
Jestem jeszcze młoda...
W przedziale wiekowym: 18-25 lat.
Jestem od 2 lat w związku...
Z mężczyzną, którego już chyba (?) nie kocham.
Nie wiem sama.
Czuję, że to tylko przyzwyczajenie...
Może seks? Chociaż ostatnio to też nam w ogóle nie wychodzi...
Albo po prostu strach przed byciem samą...
Jestem kobietą po doświadczeniu aborcji...
To stało się 4.01.2006 roku...
I z tym mężczyzną, z którym teraz jestem...
To była wpadka... Byłam przerażona, kiedy się o tym dowiedziałam...
W pierwszych dniach już wiedziałam, że jestem w ciąży, kobiety to po prostu
czują...
Ale potem zaczęłam być szczęśliwa, że to się stało.
W końcu to było NASZE dziecko, a my tak bardzo się kochaliśmy...
Powiedziałam mu o tym dopiero, kiedy zrobiłam test i zobaczyłam dwie tłuste
krechy...
Zgadnijcie jakie były jego pierwsze słowa?
"Ja proponuję 5-10 minut i po sprawie..."
Wiecie co poczułam, jak to usłyszałam?
Nie możecie wiedzieć... Nawet ciężko mi to do czegokolwiek porównać...
Nigdy w życiu nie zostałam tak zdeptana, jak wtedy...
Wiedziałam oczywiście, że nie mógł inaczej zareagować.
Co z jego studiami?
Z moimi?
Jak zapracujemy na to dziecko?
Pomyślałam, że mu przejdzie...
Wysłuchałam najgorszych słów i oszczerstw pod moim kierunkiem, jakich dotąd
nigdy nie usłyszałam od nikogo, ani od kogoś do innej osoby...
To był horror.
Całe dnie płakałam, nie mogłam się pozbierać.
Jak mógł powiedzieć coś takiego mężczyzna, który mnie "kocha"?
Bo gdyby mnie naprawdę kochał, pozwoliłby mi urodzić...
Załatwił z jakąś kobietą z pobliskiej przychodni, że "bez bólu i szybko"
załatwi tę sprawę...
Przyjechał i postawił mnie w sytuacji dokonanej...
Nie mówcie, że mogłam coś zrobić, bo nie mogłam nic.
Przez tydzień non stop byłam zastraszana, poniżana i traktowana jak śmieć.
Nie miałam siły na walkę...
Kiedy to się stało, wyłączyłam się całkowicie z normalnego życia...
Trwałam w tym stanie kilka miesięcy (może 2-3).
Potem postanowiłam, że nie możemy być dalej razem i zaczęłam szukać kogoś, kto
da mi to szczęście...
Pozwoli mi być szczęśliwą, będzie mnie kochał, da mi dziecko, zabierze z tego
piekła...
Przewinął się taki, inny... Co z tego?
Nadal kochałam "ojca" mojego dziecka... Chociaż znienawidziłam go tak, że nie
mogłam na niego patrzeć, wciąż go kochałam...
Tak jest...
Wróciliśmy do siebie...
Było jak gdyby nigdy nic...
Jakoś dawałam sobie radę z faktem, że zabiłam swoje własne dziecko...
Udawałam, że jest OK. Próbowałam się uśmiechać.
Stwarzałam pozory.
Aż do nowego roku studenckiego...
Wszystko zaczęło mnie przybijać...
Nie radzę sobie z niczym...
Nie mam siły na naukę, na wiarę, na nic...
Jest coraz gorzej...
Wciąż od tamtej pory mówię i powtarzam, że chcę mieć dziecko, że już teraz nie
potrafię bez niego żyć, że chcę być szczęśliwa, żeby mi je dał...
Ale on nie chce.
On wciąż nie chce dać mi szczęścia...
Czuję się jak śmieć, nie wiem co ze sobą robić...
Gdyby tylko ktokolwiek dał mi to dziecko...
Ono jest marzeniem mojego życia...
Chcę to naprawić, być prawdziwą mamą, pokazać, że dam sobie radę...
Ale on nie chce...
On we mnie nie wierzy...
Za każdym razem, kiedy wspomnę o dziecku, marzę, żeby wreszcie powiedział, że
też o tym myśli, że wszystko będzie w porządku...
Ale on zawsze wylewa mi kubeł zimnej wody na głowę...
Wciąż myślę o rozstaniu...
Kilka razy dziennie, przy milionie sytuacji...
Mam go dość, chcę, żeby umarł, nienawidzę go...
Ale jestem ślepo zapatrzona w tego człowieka i wciąż się łudzę, że da mi to
dziecko...
A kiedy będę sama już na pewno z niczym sobie nie poradzę...
Pomóżcie, nie wiem co mam robić...