olifanka
03.01.07, 19:38
Po dwoch latach przymykania oczu na prawde, powiedziala mu, ze zrozumiala w
koncu iz wazniejsze dla niego sa dzieci i zona, ktorej podobno nie kocha, z
ktora nie sypia i z ktora nic go nie laczy.
Dlugo nie mogla zrozumiec, jak to mozliwe, skoro od lat jedna po drugiej
miewal kochanki... myslala.
Jak mozliwe jest to, ze dwa lata mamil ja obietnicami ze zostawi zone, niech
tylko ta znajdzie prace, ze synowie sa juz wystarczajaco duzi i ze rozpoczna
zycie we dwoje. Ona i on, i ich dziecko ktore bardzo pragnie z nia miec.
Ona czekala, zawalala zycie domowe, wstrzymywala odstawienie pigulek, bo
miala byc to decyzja dla niego, z nim, dla ich przyszlego dziecka. Kochala,
sluchala, radzila, pomagala, pracowala dla niego i za niego w firmie.
On jest dyrektorem, a bycie dyrektorem jest dla niego najwazniejsze, moze
nawet wazniejsze niz ci synowie i zona, choc sie do tego nie przyznaje.
Kiedy jego posada byla zagrozona - drzal ze strachu, chorowal, szarzal i
robil wszystko by utrzymac sie na stanowisku. Walczyl z lwia determinacja.
Ona mu pomagala. Znow nie widziala ze to wazniejsze niz ona, jej sprawy i ICH
sprawy.
Rozpoczely sie klopoty w pracy. Donosy sluzbowe i prywatne do domow i ich
rodzin i inne swinstwa. Musieli to formalnie skonczyc dla swiata. Niby
skonczyli ale nadal wszystko trwalo - tzn. wypady za miasto, delegacje,
spotkania w jego gabinecie. Nalegal, zapewniajac o uczuciu, ona wierzyla.
Ukrywali sie a ona po cichu pakowala swoje zycie w pudeleczka, planowala jak
bedzie wygladalo to nowe zycie, bo przeciez utrzymywal ja w poczuciu ze beda
razem, ze planuje z nia przyszlosc. Nawet radzila sie adwokata, jak ma
przeprowadzic swoja sprawe rozwodowa i w jego imieniu jak pokierowac
zalatwieniem wszystkich jego formalnosci.
Naiwna? Tak, aczkolwiek trudno to o niej powiedziec, znajac ja. To bardzo
inteligentna i wyksztalcona osoba, na poziomie, wyjatkowa. Wspanialy czlowiek
i prawdziwa przyjaciolka.
A jednak jak cala rzesza kobiet, pomimo inteligencji, nie zauwazyla, ze
jakos poczatkowo czeste i hojne prezenty stopniowo zaczely sie rozrzedzac. Ze
obietnice powtarzal, ale nic za nimi nie stalo - zaden konkret. Ze zaczal sie
wykrecac dziecmi przy czym obiektywnie mozna stwierdzic ze ojcem byl srednim,
takim raczej typowo niedzielnym tatuskiem, ktory nie poswieca specjalnej
uwagi samym dzieciom, zas lubi sie "pokazac" i zamanifestowac funkcje. I ze
tak naprawde wielkie wzloty uczuciowe sprowadzaly sie do seksu w hotelu lub
na biurku gabinetu, ze nie mial zadnego planu B na ich zycie, ze praca i
zachowanie status quo okazalo sie byc wartoscia nadrzedna nie zas relacja z
nia.
To historia mojej przyjaciolki.
Bardzo smutna, bo niestety absolutnie prawdziwa.
Wiadomo, mozna powiesic na niej kilka psow ze chciala zabrac meza innej,
starszej od siebie kobiecie. Ale pisze to dlatego ze bardzo mi jej zal, zal
mi jej zludzen, straconych nadzieji, marzen, zaladowania sie w klasyke
gatunku i klasycznego zakonczenia.
Nie popieram takigo postepowania, sama nie chcialabym zeby w moim zwiazku
pojawila sie kobieta, ktora zagielaby parol na mojego M.
Ale wspolczuje kochankom, kore pakuja sie w taki klops, zakochuja, inwestuja
wszystkie emocje i dzialania by na kobiec zobaczyc ze zamiast jajka byl zbuk.
Wspolczuje zonom robionym w mega konia, ktore niczego nie swiadome
funkcjonuja z takimi facetami, dla ktorych piora, sprzataja, gotuja, rodza
dzieci i sa sprzetem AGD w domu.
I w koncu... wspolczuje takim facetom, ktorzy tak zyja, podle i perfidnie
wykorzystujac kobiety, odzierajac siebie z tej glebokiej wartosci jaka jest
DOBRE ZYCIE. Wiadomo, kasa, sex, kariera, praca, tytuly naukowe - sa to
jakies wartosci, czesto mocno wspolczesne, ale czyz nie jest ogromna
wartoscia Dobre Zycie? Mozliwosc patrzenia sobie w twarz w lustrze co dzien i
dobrego samopoczucia? Zycia w milosci a nie uludzie i zlodziejstwie na dwa
fronty?
Co o tym myslicie?
Pozdrawiam
o.