bianna
06.07.07, 12:09
W obecnej firmie pracuję pół roku. Już w styczniu miałam okazję poznać żonę
kolegi (wtedy kierownika). Otóż, siedzi ona w domu z dwójką małych dzieci,
najwyraźniej się nudzi. Od czasu do czasu wpada do nas do pracy. Dzień po
zawarciu znajomości już miałam od niej telefon - czy nie chciałabym uczyć jej
angielskiego. No zgodziłam się, czemu nie? Dodatkowy grosz zawsze się przyda,
poza tym to był wtedy mój kierownik, początek pracy... Do chwili obecnej
lekcji odbyło się aż... dwie. A telefonów i przekładania to nie zliczę.
Kiedyś kolega zaproponował wypad w weekend na piwko. Wyszliśmy do klubu, ja
razem z moim chłopakiem. Jakiś czas potem był wyjazd w kilkudniową delegację.
Wtedy to żona kolegi, wiedząc tylko jak mój facet ma na imię i gdzie pracuje -
zadzwoniła do jego firmy z pytaniem czy jak mnie nie ma, on nie byłby chętny
dawać jej lekcji... Skończyło się tylko na chęciach i kupie telefonów...
Potem od swojego męża dowiedziała się, że będę miała pewien zabieg
chirurgiczny. Oczywiście cały czas telefony od niej do mnie sie nie urywały.
Bo najpierw była ciekawa co to i jak to, potem, ze też musi coś takiego
zrobić, a na końcu - jak tam po.
Mniej więcej od tego momentu zaczęła mnie chyba traktować jak swoją "bratnią
duszę". Należę raczej do osób kulturalnych i gdy ktoś dzwoni czy pisze esemesy
to staram się grzecznie odpowiadać. No i tak robiłam i w tym przypadku. Tym
bardziej, że to żona kolegi z pracy. Nie chciałam uchodzić za zwykłego gbura.
Skończyło się na tym, że teraz miewam od niej po kilkanaście telefonów i
esemesów dziennie, poczynając od 7 rano, jak zjawię sie w pracy. Na moje
tłumaczenie, że nie mam czasu odpowiada, że zadzwoni później. Gdy dłużej nie
odpowiadam na esemes - dzwoni z pytaniem, czy sie nie obraziłam. Zbywam ją,
odpowiadam ogólnikowo, bo, no nie oszukujmy się, działa mi już od dawna na
nerwy. Jak tu kulturalnie spławić tego natręta? Jeżeli macie jakieś pomysły to
pomóżcie biednej udręczonej...