Moja historia....jak z telenoweli....

12.08.07, 09:37
Opiszę wszystko w wielkim skrócie, ale za to od początku, do końca.
Bo...nastąpił już koniec ale niestety bez happy endu...
Pisałam już o mojej historii, ale tym razem nastąpiło jej
zakończenie, muszę sie wygadać...

Wielka miłość, naprawdę prawdziwe uczucie, oboje byliśmy młodzi,
wcześnie wzięliśmy ślub, ja miałam wtedy 20 lat, on 22 lata.
Zrobiliśmy to naprzekór rodzinie, ja porzuciłam dla niego studia,
przenieśliśmy się do innego miasta. Po roku urodziło nam się dziecko.
Mieszkaliśmy w obcym mieście, z dala od znajomych, rodziny, wiadomo -
kłopoty finansowe, obciążenie psychiczne związane z całą sytuacją,
wszystko to na nas spadło.
Dodatkowo jeszcze on pochodził z rozbitej rodziny, nie znał swojego
biologicznegoi ojca. Poznał go już jak był ze mną. To tez wpłyneło
na naszą relację, bo on bardzo się zafascynował swoim ojcem, do tego
stopnia, że zostawiał mnie (np. w święta) i jechał do niego, a jego
opjciec to wykorzystywał (był zawsze przeciwko mnie).
Jak urodziło się dziecko to nasze rodziny zaakceptowały całą
sytuację, tylko że zadry w sercu pozostały, nasze rodziny (rodzice)
często się o nas kłócili, więc atmosfera nie był do końca przyjazna.
Poza tym jedni i drudzy rodzice zaczęli się wtrącać w nasze życie,
dawać "dobre rady", ja miałam do niego o to pretensje, a on do
mnie....
A między nami??? Była wielka chuśtawka emocjonalna. Choć nadal się
kochaliśmy to jak sie kłóciliśmy to potrafiliśmy naprawdę bardzo się
ranić, padały słowa o wyprowadzce, o rozwodzie.... do tego doszła
proza życia codziennego (on długo pracował, ja praca + dziecko+
studia zaoczne).

Ja zawsze mówiłam o tym głośno, że nie chce takiej sytuacji, że jak
jest dobrze to jest dobrze, a jak żle, to stajemy się dla siebie
właściwie obcymi ludzmi. On widocznie też tak myślał, ale tłumił to
w sobie, nie rozmawialiśmy...

Teraz jesteśmy 6 lat po ślubie, nasze dziecko właśnie skończyło 5
lat...
On odszedł, prawie 4 miesiące temu, podczas kolejnej kłótni,
spakował walizkę, ale tym razem nie wrócił, mówił ze coś w nim pękło.
Ja zaczełam wtedy swoją walkę, o nas, o nasze uczucie, ale on był
nieugięty, mówil że podjął już ostateczną decyzję.
Szybko poznał inną kobietę, tamta otoczyła go tym czego ostatnio u
nas nie było. Uczuciem, akceptacją, brakiem wymagań, jak sam
powiedział: "dba o niego i skacze koło niego".
Mimo wszystko postanowił wrócić. ostatbnio, nieśmiało próbował sie
zbliżyć do nas, powiedział mi, ze zdał sobie sprawę z tego, że
żałuje, że mnie nadal kocha, że mu mnie brakuje.....
Ja wtedy dałam mu do zrozumienia, że już za dużo sie między nami
wydarzyło, że pozamykał zbyt wioele furtek....ale właściwie czekałam
jak sytuacja się rozwinie (to było 3 tyg. temu).
Ja już też zaczłam się z kimś spotykac, ale jednak doszłam do
wniosku, ze kocham jego, że powinniśmy dać sobie szansę...ale on się
ostatnio przestał odzywać. Teraz już wiem dlaczego.

Rozmawialiśmy, tamta jest w ciąży, w 1 miesiącu, maja razem
zamieszkać w oprzyszłym tygodniu. Wiem, ze on mnie kocha, nie
pytajcie dlaczego, poprostu wiem, on mi daje to do zrozumienia, z
reszta powiedział mi to, ale juz nie możemy ze sobą być, sytuacja
zaszła za daleko.

On tam zanlazł wszystko, czego mu u nas brakowało, nawet jej
rodzina przyjęła go z otwartymi rękami(zonatego faceta, ktory robi
po 3 miesiącach dziecko ich corce???). On tam juz podjął bardzo
wiele zobowiązań, w
ciągu tygodnia znależli mieszkanie, zdążyła go przedstawić całej
rodzinie, pewnie już mają zaklepaną date ślubu.

I co? I nic, tylko ja jeszcze gdzieś tam zostłam i nasze dziecko....

Dzięki, musiałam się wyżalić.
Może macie jakieś rady? Komentarze, przyjmę wszystko...
Czy mam sznsę na rozwód z jego winy?


    • qw994 Re: Moja historia....jak z telenoweli.... 12.08.07, 09:42
      Rozwód z orzekaniem winy - odradzam, chyba że lubisz publiczne
      wylewanie pomyj.
      A komentarz? No cóż, przykro, ale tak się zdarza. I to często.
      Byliście dzieciakami robiącymi na przekór rodzicom i to się
      zemściło. Ty i on ułożycie sobie życie od nowa i myślę, że może być
      duzo lepiej. Na pocieszenie powiem ci, że on popełnił kolejny
      życiowy błąd, ty nie.
    • green_land Re: Moja historia....jak z telenoweli.... 12.08.07, 09:49
      Znam podobną historię, tylko facet nie był wcześniej żonaty.
      Był przystojny, szarmancki, przy kasie. Ona - ładna, owinęła go
      zgrabnie wokół palca i pojawiło się dziecko. Teraz już nie są razem.
      Więc i Twojemu mężowi nie wróżę długiego pożycia z nią. Ona kiedyś
      przestanie mu nadskakiwać, zacznie się proza życia, pieluchy,
      obowiązki... I wtedy otworzą mu się oczy.
      Kto w tym wszystkim wygra a kto przegra? Nie będzie wygranych. Każdy
      staraci bądż stracił. Ona, bo zajęła się żonatym facetem a z tego
      nic dobrego chyba nie wyniknie. On, bo swoje życie, które wcale nie
      było takie złe, zamienił na tymczasową sielankę. Ty, bo walczyłaś,
      ale nie udało Ci się wygrać.
      Czyja wina? Oczywiście obojgu was. Ale kto ponosi za obecny stan
      odpowiedzialność? On. Pewnych rzeczy nie robi się mając żonę i
      dziecko. On cały czas jest niezdecydowany, cały czas się waha, ona
      podejmuje za niego decyzje. Nie wiem, jak on może z tym zyć, z tym,
      że zostawił Cie, mimo, że kocha, zostawił dziecko, całe swoje życie
      i nie potrafił odczepic się od tej baby!
    • alpepe Re: Moja historia....jak z telenoweli.... 12.08.07, 09:52
      z tego, co napisałaś, spokojnie rozwód może być z jego winy.
    • ela_anna Re: Moja historia....jak z telenoweli.... 12.08.07, 09:52
      mysle,ze to dla Ciebie powinien to byc zamkniety rozdział życia.A co do
      rozwodu, to trudno radzic.Napewno lepiej miec z orzeczeniem o winie, bo gdyby
      Twoj mąż znalazl sie kiedykolwiek w trudnej sytuacji finansowej przyjdzie Ci
      placic na niego alimenty .
      • trypel Re: Moja historia....jak z telenoweli.... 12.08.07, 09:55
        Jesli bedzie bez orzekania o winie to żadnych alimentów nie ma i być nie może.
        Jesli z orzekaniem to strona winna może być zmuszona do płacenia
        • friday133 Re: Moja historia....jak z telenoweli.... 12.08.07, 10:32
          Bzdura. Alimenty (na dziecko) należą się w każdym wypadku.
          • qw994 Re: Moja historia....jak z telenoweli.... 12.08.07, 10:38
            Ale tu jest mowa o alimentach na byłego współmałżonka!
    • iberia.pl Re: Moja historia....jak z telenoweli.... 12.08.07, 12:30
      nie rozumiem ludzi, ktorzy sami sobie komplikuja zycie...
    • merediith Re: Moja historia....jak z telenoweli.... 12.08.07, 18:02
      Czy mam sznsę na rozwód z jego winy?
      Masz szansę a nawet pewnośc prawie 100%
Pełna wersja