d.o.s.i.a
14.08.07, 23:53
Przebrala sie miarka. Moja przyjaciolka do mnie nie przyjedzie, bo... za
drogo. Znowu, kurna, za drogo. No, nie mowie, ze od razu w business klasie,
ale tanie linie tez za drogie. Obiecuje od dwoch lat (!!!), no i przez dwa
lata nie udalo sie jej odlozyc 300 zl na bilet. Moze kiedys, ale jeszcze nie
teraz. Na razie to jest poza jej zasiegiem. No trafilo mnie po prostu...
I tak od zawsze. Na piwo wyjsc nie mozna, bo wiecznie nie ma kasy, albo
idziemy na najtanszego baru bo tam piwo o zlotowke taniej niz gdzie indziej,
do knajpy tez nie, bo ona nie chodzi, bo jej nie stac, na kolacje nie, bo ona
nie jada na miescie. Spotkajmy sie u niej w domu. Ale ilez mozna??? Inni
ludzie wychodza, jedza na miescie, pija piwo w knajpce pod parasolem, jezdza
na wakacje, na zakupy - i bynajmniej nie sa rekinami finansjery. A z nia
kompletnie nic nie mozna! Ja rozumiem, ze niektorym sie nie przelewa, ale na
Boga inni sa jakos w stanie odlozyc na drobne przyjemnosci i wakacje choc raz
na 10 lat! I jak czlowiek kupic bilet w tanich liniach i zwiedzic troche
swiata. A ta ciagle nie ma. Pracuje w duzym miescie, bynajmniej nie w
Biedronce i od lat jest to samo. I ciagle "dziaduje" i ciagle jej nie stac. I
po prostu nie wiem juz czy rzeczywiscie nie ma, czy to juz taka mentalnosc
jakas, moze to "dziadowanie" to jakis sposob na zycie? Ale jezeli nie ma to,
do cholery, moze by wreszcie cos z tym zrobila? To nie jest chyba normalne, ze
od 10 lat nie stac jej na wakacje?
Poddaje sie. Chce miec chyba normalnych znajomych, z ktorymi mozna wyskoczyc
na kawe na miescie i pojechac na narty. Pewnie jestem pusta, ale juz mnie
nudza rozmowy egzystencjonalne, omijanie szerokim lukiem miejsc DO KTORYCH
CHODZA LUDZIE i wyrzuty sumienia, bo "stac mnie" na wakacje, o ktorych nie
moge jej nawet opowiedziec!
Grrrrrrrrr....