waldemarka
30.08.07, 20:41
Z moją przyjaciółką znam się od 20 lat. W zasadzie byłam jej jedyną
przyjaciółką, nie miała znajomych. Dla wielu osób nie byłaby to
łatwa przyjaźń ponieważ moja przyjaciółka miała problemy i bardzo
mnie w to wszystko angażowała. Właściwie wszyscy moi znajomi mówili,
że nie mieliby cierpliwości przyjaźnić się z tą osobą, unikali jej a
ja się obrażałam, że prawdziwa przyjaźń jest na dobre i na złe. W
liceum byłam przy niej kiedy klasa się od niej odwróciła, potrafiła
dzwonić rano, czy w nocy płakać,w sumie zapominałam o własnych
problemach, bo myślałam, że Bogusia jest nieszczęśliwa. Jej
największym problemem był brak partnera. Kiedy wyszłam za mąż nie
zapomniałam o przyjaciółce, często wybieraliśmy się gdzieś we trójkę
(mąż się wkurzał na ten trójkącik, ale tego nie okazywał). W końcu
moja przyjaciółka znalazła tego jedynego, wymarzonego. Nie
posiadałam się ze szczęścia, w końcu będziemy wychodzić parami,
dzielić się szczęściem. Ślub był szybko i po ślubie wszystko się
zmieniło. Przyjaciółka zaczęła mnie unikać, wręcz ostentacyjnie
zbywać, a jeszcze niedawno dzwoniła o każdej porze dnia. Jest mi
przykro, po tylu latach. Unika mnie, nie odbiera telefonów, nie
odpisuje na smsy już od ponad roku. Czuję się wykorzystana i
rozczarowana. Znajomi podsumowali, że to egoistka - dlatego nie
miała znajomych, a ja byłam jej potrzebna, dopóki była samotna.
Naprawdę nie mogę w to uwierzyć, po tylu latach? Czy coś takiego
może byc prawdą? Czy w tym przypadku jest sens walczyć o ta przyjaźń?