artystka123
09.03.08, 16:36
Problem dostrzegłam jakies pol roku temu. W malzenstwie sasiadow mieszkajacych
nade mna najwyrazniej dzieje sie zle... Co kilka dni slysze,ze maja miejsce
jakies awantury. Tj. jedyna slyszana osoba jest kobieta, ktora strasznie
krzyczy - mozna uslyszec,ze prowadzi z kims awanturniczy dialog - czasem
rozroznic mozna poszczegolne slowa, po kilku minutach dostaje chrypy i jej
histeria przechodzi w jakies zwierzece krzyki i placze, ktore po krotkim
czasie w ogole przestaja przypominac odglosow wydawanych przez czlowieka,biega
po domu tupie, "krzyczy" (tj. wydaje z siebie glosny chrapliwy wrzask) jakby
ktos jej robil krzywde... I tak co kilka dni. Pomijam fakt,ze jest to dosc
uciazliwe, bo trudno sie skupic na przykład na nauce przy takich wrzaskach,
kiedy masz wrazenie,ze nad toba kogos zarzynaja, ale przede wszysktim nie wiem
co zrobic w takiej sytuacji jako sasiadka.
Na marginesie dodam,ze z pewnoscia nie sa to ludzie z marginesu spolecznego,
wiec nie sadze,aby byly to efekty pijackiej burdy- wszyscy sasiedzi z mojej
klatki wygladaja na porzadnych ludzi i przedstawicieli klasy sredniej ,wiec
najprawdopodobniej to jakies konflikty malzenskie. Mimo wszystko zupelnie nie
wiem jak powinnam postapic, tyle sie slyszy w telewizji o roznych incydentach
(pobite dzieci, zabojstwa) i zawsze sasiedzi sa oskarzani o znieczulice i
zlekcewazenie sprawy, no bo przeciez jak mozna nie slyszec,ze u sasiadow
dzieje sie cos zlego. Ale z drugiej strony nie wiem jak mam zareagowac:
wzywanie ochrony osiedla lub strazy miejskiej w celu zainterweniowania w
malzenskim sporze wydaje mi sie lekka przesada, a sama chodzic do sasiadow i
ingerowac w ich prywatne sprawy nie chce. inna sprawa,ze te "klotnie" brzmia
na tyle przerazajaco,ze czasem boje sie,ze komus stanie sie cos zlego -
kobieta najwyrazniej nie panuje nad soba, wpada w zwierzeca histerie (o czym
swiadcza wydawane przez nia odglosy), nie chce,zeby kiedys okazalo sie,ze
podczas jakiejs z klotni stalo sie cos zlego, a ja olalam sprawe.
Niestety, nie udalo mi sie dokladnie zidentyfikowac kto mieszka w nade mna,
sasiadow znam jedynie z widzenia, spotykamy sie na klatce - ja mieszkam na
parterze, wiec nawet jezeli zamieniam z nimi kilka slow, to nie sledze ich az
do domu,zeby skontrolowac, gdzie mieszkaja. Blizsze, towarzystkie stosunki nas
nie lacza. Jeszcze bardziej komplikuje sytuacje fakt, ze z pewnoscia nie jest
to zadna pijacka, menelska rodzina, ktora sprawialaby sasiadom jakies inne
problemy, bo nikt taki w mojej klatce nie mieszka, wiec nasylanie na nia
ochrony lub strazy m. to chyba krok ostateczny.
Czy ktos byl moze w podobnej sytuacji? Czy powinnam jakos zaregowac czy
zlekcewazyc ze awantury ze sluchawkami lub stoperami w uszach?
P.S. Jestem gleboko przekonana,ze te krzyki nie sa forma aktywnosci seksualnej
moich sasiadow:D