Na serio czy zabawa?...

IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.09.03, 07:38
Sytuacja wygląda następująco:
Od czterech miesięcy jestem z chłopakiem. Moim zdaniem jest to miłość mojego
życia. Jestem z nim bardzo szczęśliwa. Mó chłopak poświęcił dla mnie sporą
część swojego życia, zrezygnował z kolegów, piwka i treningów. Wszystko to
po to, by móc spędzać ze mną każdy wolny czas. Jak go poznałam byłam
dziewicą, cierpliwie czekał na mnie, powtarzając, że to ode mnie zależy
kiedy "TO" zrobimy. Ja nie mogłam się doczekać, stało się, nie żałuję, że z
nim się po raz pierwszy kochałam. Wiem, że to na niego właśnie czekałam.
Nasze relacje układają się wspaniale, każdy czas spędzamy razem. Kocham go z
całego serca. Ostatnio mój chłopak zaproponował mi mieszkanie pod jednym
dachem z nim, stwierdził, że to juz czas bysmy zawsze byli razem. Obaw mam
tysiące, bo mieszkalibyśmy z jego rodzicami, czułabym się jak intruz..poza
tym jestem jedynaczka, moi rodzice by tego nie przezyli. Ale nie w tym tkwi
moj problem. Generalnie chodzi mi o to, ze mam wrazenie, ze to wszystko w
kazdym momencie moze sie rozpasc, nie przezylabym tego. Zainwestowalam w
niego moc uczuc, samej siebie, i cigle mam obawy, czy on traktuje mnie
powaznie, czy tez moze jest to tylko z mojej strony. Dodam, ze ja tez
zrezygnowalam dla niego z mojego towarzystwa, nie zaluje zupelnie,
Poswicilam mu cala siebie, on mi rowniez. Boje sie, ze kiedys okaze sie ze
nie warto bylo, ze to wszystko jest tylko zludzeniem, czyms zbyt pieknym, by
moglo trwac. On caly czasd mowi mi, ze jestem kobieta, z ktora chce spedzic
zycie, opowiada o naszych przyszlych dzieciach i wogole. Ja na niegho
patrze, marze o tym samym, ale nie potrafie uwierzyc w to, ze on tez tego
chce. Musze rowniez dodac, ze jest miedzy nami przepasc wieku, jest mlodszy
ode mnie.To tylko rok, ale jestesmy jakby z zupelnie roznych swiatow (on
konczy szkole srednia, ja studiuje i pracuje w duzej firmie). Chyba wlasnie
stad moje obawy. Niszczy mnie to uczucie niepewnosci, chociaz z drugiej
strony on nie daje mi powodow, by tak sie czuc. Wrecz przeciwnie, caly czas
zapewnia o szczerosci jego uczuc, o tym, ze jestem jego przyszla zona. Co o
tym myslicie? Pozdrawiam.
    • helaraja Re: Na serio czy zabawa?... 03.09.03, 09:52
      Z pewnością na serio.
      Tylko że serio w tym wieku trwa krócej, niż można się tego spodziewać.
      Korzystaj z tego uczucia, ciesz się nim, ale... na pewno nie przeprowadzaj się
      do jego rodziców. Oni tez nie byliby tym zachwyceni, a poza tym po co psuć to,
      co jest fajne?:)
      I dlaczego rezugnujecie ze wszystkiego dookoła? Przecież to nie jest konieczne,
      w żadnym zwwiązku. A jak jesz wyłącznie słodycze, masz ochotę i na coś ostrego
      i kwaśnego i nawet gorzkiego.To samo z towarzystwem ukochanej osoby, szybko
      nastąpi przesyt!
      • kathleen2 Re: Na serio czy zabawa?... 03.09.03, 10:01
        Helaraja, czemu uważasz, że serio w tym wieku trwa krótko? jak patrzę po moich
        znajomych, to te związki, w których są od 20 roku życia, są trwałe i już kilka
        skończyło się małżeństwem. Są ze sobą szczęśliwi. Ja tez niedługo wychodzę za
        mąż. Myślę, że to zależy od ludzi. Jesli się kochają, to dlaczego to ma nie
        przetrwać?
        • Gość: Tam Re: Na serio czy zabawa?... IP: *.devs.ac-net.pl 03.09.03, 10:05
          a ja widze w moim otoczeniu, ze to co mialo byc wielka miloscia i na zawsze
          (szczerze i z pelnym przekonaniem!), w kilka miesiecy pozniej okazuje sie
          byc "pomylka", dlatego spokojnie i pomalu, znajomosc jest bardzo swieza
          • kathleen2 Re: Na serio czy zabawa?... 03.09.03, 10:08
            W kilka miesięcy. A dlaczego tak trudno Ci uwierzyć? skoro ja jestem ze swoim
            prawie 10 lat i to nie umarło? zyje w nas...dlaczego jej miałoby się nie udać?
            • Gość: Małgosia Re: Na serio czy zabawa?... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.09.03, 10:24
              kathleen2 napisała:

              > W kilka miesięcy. A dlaczego tak trudno Ci uwierzyć? skoro ja jestem ze
              swoim
              > prawie 10 lat i to nie umarło? zyje w nas...dlaczego jej miałoby się nie
              udać?



              Boje się zostać zraniona. Już raz zostałam, bardzo bolałao (chociaz tamten
              chłopak nawet w połowie nie był dla mnie tak dobry, jak obecny). Wiesz, jest
              we mnie taka dziwna właśnie obawa, z którą nie umiem sobie poradzić. Nie
              potrafie uwierzyc w to, że wybrał właśnie mnie na swoją życiową partnerkę.
              Mimo, że to tylko cztery miesiące, bardzo dobrze zdążyliśmy się już poznać,
              właściwie to cały czas razem, mieszkaliśmy razem przez miesiąc. A ja nadal mam
              wrażenie, że pryśnie to jak bańka mydlana. A najbardziej się boje chwili, gdy
              nie będzie mu się chciało ze mną spotkać, gdy będzie szukał jakiejś wymówki.
              Panikuję? Może i tak.. Ale tak właśnie czuję i o swoich uczuciach Wam piszę.
            • olivvka Re: Na serio czy zabawa?... 03.09.03, 10:25
              kathleen2 napisała:

              > W kilka miesięcy. A dlaczego tak trudno Ci uwierzyć? skoro ja jestem ze swoim
              > prawie 10 lat i to nie umarło? zyje w nas...dlaczego jej miałoby się nie udać?

              Kathleen,
              Wiek 18, 19, czy 20 lat nie jest odpowiednim wiekem na podejmowanie decyzji
              rodzące skutki na całe życie. Nie oszukujmy się, wtedy wciąż niestety
              pozostajemy jeszcze dziećmi, które nie bardzo wiedzą jak sobie poradzić z
              trudami dnia codziennego. Oczywiście, można za wszelką cenę szybko wydorośleć,
              tylko po co??? By później w wieku 40 czy 50 lat zadać sobie pytanie, gdzie się
              podziała moja młodość?
              Związki o których piszesz, niestety nie są trwałymi związkami. Statystyki
              wskazują, że około 50% małżeństw zawartych przed 23 rokiem życia rozpada się, z
              czego zdecydowana większość przed upłynięciem 24 miesięcy od daty ślubu.

              Na miejscu autorki wątku nie spieszyłabym się z podejmowaniem decyzji o
              wspólnym zamieszkaniu, ale nie dlatego że nie uważam iż byłoby to niewskazane.
              To po prostu jest niewskazane, o ile chcecie mieszkać z rodzicami tego
              chłopca!!! Wynajmijcie sobie mieszkanie, o ile potraficie się utrzymać, bądź
              rodzice byliby skłonni do partycypowania w kosztach utrzymania Waszego
              mieszkania. Wtedy dopiero staniecie się dorosłymi i zmierzycie się z życiem "na
              dorosło". U rodziców będą niesnaski, nieporozumienia i przekonana jestem, że
              Wasz związek przez to byłby wystawiony na bardzo ciężką próbę.

              Moja więc rada: jeśli już przekonani jesteście o tym, że chcecie spędzić ze
              sobą kawałek życia (te deklaracje o chęci dożycia do starości z partnerem
              składane w wieku lat 19 czy 20 można niestety włożyć między bajki najczęściej -
              choć rozumiem, że Wasze odczucia w danej chwili są takie właśnie jakimi je
              przedstawiłaś) wynajmijcie własne mieszkanie i to w nim sprawdzajcie się w
              przypisanych sobie rolach. Mieszkanie u rodziców ---> zdecydowane NIE!!!

              Nie odbieraj moich rad jako rad starej ciotki. Jestem dwudziestokilku latką, z
              podobnymi przeżyciami do Twoich, z bagażem pewnych doświadczeń i z
              wykształceniem, które tylko może pomagać w takich sytuacjach, a nie szkodzić.

              pozdrawiam
              olivvka
              • kathleen2 Re: Na serio czy zabawa?... 03.09.03, 10:30
                Rozumiem, że takie związki mogą sie rozpadać, ale skoro sama mieszkam od dwóch
                lat z chłopakiem. Radzimy sobie sami, jesteśmy niezależni. Poza tym sama wiesz
                chyba co to moze być 10 lat. Nie zamierzam nikogo przekonywać:)każdy jest inny.
                Moi rodzice poznali się jak byli niepełnoletni. Mój ojciec był wielkim
                dzieciakiem. Są razem i widać po nich, ze się kochają. Zawsze byyło w moim domu
                mnóstwo ciela. Więc ja myśle, ze to zalezy. Jeśli związek ma przetrwać, to
                przetrwa i nie zawsze wiek musi być tym wyznacznikiem.
                • olivvka Re: Na serio czy zabawa?... 03.09.03, 10:36
                  kathleen2 napisała:

                  > Rozumiem, że takie związki mogą sie rozpadać, ale skoro sama mieszkam od
                  dwóch
                  > lat z chłopakiem. Radzimy sobie sami, jesteśmy niezależni. Poza tym sama
                  wiesz
                  > chyba co to moze być 10 lat. Nie zamierzam nikogo przekonywać:)każdy jest
                  inny.
                  >
                  > Moi rodzice poznali się jak byli niepełnoletni. Mój ojciec był wielkim
                  > dzieciakiem. Są razem i widać po nich, ze się kochają. Zawsze byyło w moim
                  domu
                  >
                  > mnóstwo ciela. Więc ja myśle, ze to zalezy. Jeśli związek ma przetrwać, to
                  > przetrwa i nie zawsze wiek musi być tym wyznacznikiem.

                  Podałam tylko liczby, które ogólnie obrazują skalę zjawiska i wniosek, który na
                  ich podstawie można wyciągnąć.
                  Małżeństwa zawierane przed 23 rokiem życia, bywają niestety nietrwałymi - ot
                  wszystko.

                  Nie neguję ani Twojego przypadku, ani przypadku Twoich rodziców. Sama znam
                  wiele par, które są ze sobą od licealnych czasów i póki co są ze sobą
                  szczęśliwi. Ale gabinety psychologów małżeńskich są pełne młodych ludzi, którzy
                  po roku czy dwóch wspólnego zamieszkiwania ze sobą przychodzą i mówią, że...
                  ten człowiek jest kimś innym niż ten którego poznałam/em. Rzeczywistość
                  brutalnie konfrontuje nasze wyobrażenia o partnerach. Ale nie mówię, że to nie
                  jest dobra lekcja. Wprost przeciwnie, to bardzo dobra lekcja i nauka
                  dorosłości. Byleby nie w mieszkaniu rodziców jednego z nich.

                  pozdrawiam
                  olivvka
                  • kathleen2 Re: Na serio czy zabawa?... 03.09.03, 10:38
                    Oczywiście, zgadzam się z tobą. Jak dl;a mnie po pierwsze nie po 4-ech
                    miesiącach, po drugie nie z rodzicami. Młodzi muszą iść na swoje jakkolwiek by
                    nie było.Ile małżeństw rozpada się przez wtrącanie teściów tego nikt nie wie.
                    Ale po pewnym czasie jak ktoś ze sobą mieszka, to już inna sprawa. A jak jest z
                    Tobą Oliwko?mieszkałaś z kim, czy byłaś, a się nie udało? pisałaś o bagażu
                    doświadczeń.
                    • olivvka Re: Na serio czy zabawa?... 03.09.03, 11:00
                      kathleen2 napisała:

                      > Oczywiście, zgadzam się z tobą. Jak dl;a mnie po pierwsze nie po 4-ech
                      > miesiącach, po drugie nie z rodzicami. Młodzi muszą iść na swoje jakkolwiek
                      by
                      > nie było.Ile małżeństw rozpada się przez wtrącanie teściów tego nikt nie wie.
                      > Ale po pewnym czasie jak ktoś ze sobą mieszka, to już inna sprawa. A jak jest
                      z
                      >
                      > Tobą Oliwko?mieszkałaś z kim, czy byłaś, a się nie udało? pisałaś o bagażu
                      > doświadczeń.

                      Oj, o moim życiu zbyt wiele pisać:-))) Zawsze stawiałam sobie trudne zadania,
                      może dlatego dzisiaj w wieku 27 lat wiem jak wygląda naprawdę życie i w
                      konkubinacie i w małżeństwie, i w związku rokującym nadzieję i w związku z góry
                      skazanym na niepowodzenie, i w związku w którym miłość była z rozsądku i w
                      związku w którym różowe okulary miłości przesłoniły racjonalne działanie:-)))

                      Mając lat 18 też zakochałam się bardzo mocno, twierdząc że to najpoważniejsze
                      uczucie mojego życia. No i chyba tak było. To była prawdziwa młodzieńcza
                      miłość. Bezsenne noce, całowanie fotografii etc. Po 2 latach wspólne
                      zamieszkanie i...... porażka. Na początku tolerowaliśmy siebie nawzajem.
                      Później coraz więcej pretensji do siebie, nieumiejętność znalezienia
                      płaszczyzny wzajemnego dialogu, kłótnie z błahego powodu. Wspólne zamieszkanie,
                      to bardzo dobra szkoła życia. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym nie zamieszkać
                      przed ślubem z kandydatem na mojego męża. To fantastyczny egzamin w dopasowania
                      partnerów do siebie (nie wspomnę o seksualnym aspekcie, bo on wydaje mi się
                      równie ważny o ile nawet nie ważniejszy, oceniając z perspektywy czasu).

                      Dzisiaj jestem od blisko dwóch lat szczęśliwą mężatką. Mieszkaliśmy ze sobą
                      przed ślubem ponad rok. Tworzymy bardzo rozsądne małżeństwo, w którym oprócz
                      uczucia jest dużo wzajemnej tolerancji i zrozumienia dla własnych odmienności.

                      Więcej o mnie dowiesz się gdy zajrzysz na prywatne forum o nazwie: Forum
                      Erotica Nova.

                      pozdrawiam
                      olivvka
                      • Gość: Kasia Re: Na serio czy zabawa?... IP: *.acn.pl 03.09.03, 11:12
                        Ja też właśnie wychodzę za mąż po dwóch latach mieszkania razem:)Miało to być
                        wcześniej, ale wolałam poczekac i uzbierać więcej pieniędzy:)życze więc duuuużo
                        szczęścia!!!
              • Gość: Małgosia Re: Na serio czy zabawa?... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.09.03, 10:32
                olivvka napisała:

                > kathleen2 napisała:
                >
                > > W kilka miesięcy. A dlaczego tak trudno Ci uwierzyć? skoro ja jestem ze sw
                > oim
                > > prawie 10 lat i to nie umarło? zyje w nas...dlaczego jej miałoby się nie u
                > dać?
                >
                > Kathleen,
                > Wiek 18, 19, czy 20 lat nie jest odpowiednim wiekem na podejmowanie decyzji
                > rodzące skutki na całe życie. Nie oszukujmy się, wtedy wciąż niestety
                > pozostajemy jeszcze dziećmi, które nie bardzo wiedzą jak sobie poradzić z
                > trudami dnia codziennego. Oczywiście, można za wszelką cenę szybko
                wydorośleć,
                > tylko po co??? By później w wieku 40 czy 50 lat zadać sobie pytanie, gdzie
                się
                > podziała moja młodość?
                > Związki o których piszesz, niestety nie są trwałymi związkami. Statystyki
                > wskazują, że około 50% małżeństw zawartych przed 23 rokiem życia rozpada
                się, z
                >
                > czego zdecydowana większość przed upłynięciem 24 miesięcy od daty ślubu.
                >
                > Na miejscu autorki wątku nie spieszyłabym się z podejmowaniem decyzji o
                > wspólnym zamieszkaniu, ale nie dlatego że nie uważam iż byłoby to
                niewskazane.
                > To po prostu jest niewskazane, o ile chcecie mieszkać z rodzicami tego
                > chłopca!!! Wynajmijcie sobie mieszkanie, o ile potraficie się utrzymać, bądź
                > rodzice byliby skłonni do partycypowania w kosztach utrzymania Waszego
                > mieszkania. Wtedy dopiero staniecie się dorosłymi i zmierzycie się z
                życiem "na
                >
                > dorosło". U rodziców będą niesnaski, nieporozumienia i przekonana jestem, że
                > Wasz związek przez to byłby wystawiony na bardzo ciężką próbę.
                >
                > Moja więc rada: jeśli już przekonani jesteście o tym, że chcecie spędzić ze
                > sobą kawałek życia (te deklaracje o chęci dożycia do starości z partnerem
                > składane w wieku lat 19 czy 20 można niestety włożyć między bajki
                najczęściej -
                >
                > choć rozumiem, że Wasze odczucia w danej chwili są takie właśnie jakimi je
                > przedstawiłaś) wynajmijcie własne mieszkanie i to w nim sprawdzajcie się w
                > przypisanych sobie rolach. Mieszkanie u rodziców ---> zdecydowane NIE!!!
                >
                > Nie odbieraj moich rad jako rad starej ciotki. Jestem dwudziestokilku latką,
                z
                > podobnymi przeżyciami do Twoich, z bagażem pewnych doświadczeń i z
                > wykształceniem, które tylko może pomagać w takich sytuacjach, a nie szkodzić.
                >
                > pozdrawiam
                > olivvka

                Dziękuję Olivvko.
                Widzisz troche jestem zagubiona w tej sytuacji, z jednej strony wszystko
                rozgrywa sie tak szybko, z drugiej strony - nie wiem zupełnie jak się
                zachowywać w pewnych sytuacjach. Przemawia tu właśnie brak doświadczenia.
                Mimo, iż mam 21 lat, moje doświadczenie jest bardzo niewielkie, jak pisałam
                miałam wcześniej tylko jednego chłopaka, relacje z nim miałay zupełnie inny
                poziom, nie było mowy o wspólnej przyszłości. Ale cóż, winić mogę tylko
                siebie, wolałam w czasnie najfajniejszych lat mojego zycia siedzieć w
                książkach niż zdobywać sdoświadczenie. Teraz mam wszystko, pracę, studia,
                chłopaka, a mimo to czuję niepewność i zagubienie. Chyba nie radzę sobie z
                życiem. Ale nieważne, nie o tym chcaiałam pisać. W każdym razie dziekuje Ci
                bardzo za odpowiedz, potrzebuje rad osob z bagazem doswiadczen. Mam nadzieje,
                że sie jeszcze odezwiesz.
                • olivvka Re: Na serio czy zabawa?... 03.09.03, 10:52
                  Gość portalu: Małgosia napisał(a):

                  >
                  > Dziękuję Olivvko.
                  > Widzisz troche jestem zagubiona w tej sytuacji, z jednej strony wszystko
                  > rozgrywa sie tak szybko, z drugiej strony - nie wiem zupełnie jak się
                  > zachowywać w pewnych sytuacjach. Przemawia tu właśnie brak doświadczenia.
                  > Mimo, iż mam 21 lat, moje doświadczenie jest bardzo niewielkie, jak pisałam
                  > miałam wcześniej tylko jednego chłopaka, relacje z nim miałay zupełnie inny
                  > poziom, nie było mowy o wspólnej przyszłości. Ale cóż, winić mogę tylko
                  > siebie, wolałam w czasnie najfajniejszych lat mojego zycia siedzieć w
                  > książkach niż zdobywać sdoświadczenie. Teraz mam wszystko, pracę, studia,
                  > chłopaka, a mimo to czuję niepewność i zagubienie. Chyba nie radzę sobie z
                  > życiem. Ale nieważne, nie o tym chcaiałam pisać. W każdym razie dziekuje Ci
                  > bardzo za odpowiedz, potrzebuje rad osob z bagazem doswiadczen. Mam nadzieje,
                  > że sie jeszcze odezwiesz.


                  Wiesz, gdy miałam 18 lat, to poznałam chłopca, z którym byłam przez długie
                  lata. Też wydawało mi się, że złapałam pana boga za nogi. To była wspaniała
                  miłość, naprawdę. Nie spałam po nocach, całowałam jego fotografię do snu,
                  snuliśmy plany o wspólnej przyszłości, o studiach, o pracy, o dzieciach, o
                  domu. Po prostu idylliczne wizje. Oddałabym życie za niego i każdemu kto wtedy
                  powiedziałby mi, że jestem młoda i nie potrafię jeszcze obiektywnie spojrzeć na
                  wszystko z boku, dałabym prosto w twarz, że śmie w ogóle wątpić w nasze
                  uczucie. I tak jest z każdym młodym człowiekiem. To jest po prostu wpisane w
                  nasze dorastanie. Musimy się zmierzyć z uczuciami, musimy nauczyć się kochać i
                  te młodzieńcze miłości nam w tym pomagają, choć wylewamy po rozstaniu morze
                  łez, czy próbujemy się wieszać lub podcinać sobie żyły. Taka młodzieńcza miłość
                  jest po prostu jednym z etapów naszego dorastania. Tak uczymy się dorosłości.

                  Ale... taka miłość często jest miłością irracjonalną, choć sami przekonani
                  jesteśmy o jej wielkiej wartości. Dopiero z perspektywy czasu umiemy właściwie
                  określić, na ile poważne było to uczucie i na ile uczucie to miało szanse
                  zrealizowac się w pełni poprzez usankcjonowanie go w postaci zawarcia związku
                  małżeńskiego. Taka miłość to miłość przez różowe okulary. Co oczywiście nie
                  zmienia faktu, że jest to miłość potrzebna.

                  Piszesz o wspólnym zamieszkaniu: to odważna decyzja, i wcale nie taka głupia.
                  Będziecie mogli się zmierzyć w dorosłym życiu. Tylko na boga, nie zamieszkujcie
                  z rodzicami. To będzie rodziło tylko konflikty w Was. Przeniesiecie frustracje
                  związane z zamieszkiwaniem z rodzicami na swój związek, a to będzie pierwszy
                  gwóźdź do trumny Waszej miłości.
                  Zamieszkując razem pomyśleć musicie o swoim utrzymaniu. Czy jesteście w stanie
                  sami się utrzymać?
                  Zamieszkując razem będziecie musieli się zmierzyć z problemami, których dzisiaj
                  nie doświadczacie: wspólny budżet domowy, utrzymanie domu, obowiązki dnia
                  codziennego (prasowanie, pranie, gotowanie, sprzątanie etc.), zaakceptowanie
                  własnych upodobań, wad. Często to bywa bolesna konfrontacja, ale warto się
                  podjąć takiej próby, bo zdobędziecie w ten sposób nowe doświadczenia, które
                  pomocnymi będą kiedyś w przyszłości, być może w kolejnych związkach.

                  Co do rozstania: nie snuj takich pesymistycznych wizji. Może być tak, że
                  zechcecie ze sobą być dłużej, może być tak, że po zamieszkaniu wspólnym, to
                  uczucie gdzieś odejdzie. Bywa różnie. Na razie jesteście ze sobą bardzo krótko.
                  Potrzeba odrobinki czasu więcej, by móc dokładnie zaobserwowac jakim partner
                  jest naprawdę. Czasami żyjemy z kimś pod jednym dachem 10, 20 lat i później
                  okazuje się, że nie znaliśmy go do końca.
                  Nie czuj niepewności i zagubienia. Uwierz w siebie i daj szansę na rozwinięcie
                  się tego uczucia, ale miej także świadomość, że związki zawierane w tym wieku
                  nie należą do specjalnie trwałych. Rozstania też są potrzebne. Wymaga to wiele
                  siły, ale rozstania uczą wielu potrzebnych nam rzeczy w dorosłym życiu. Uczą
                  nas przede wszystkim stawiania czoła problemom, które wydają nam się nie mieć
                  rozwiązania. Wiem, że podczas rozpadu związku, cały świat się burzy. Choć tak
                  naprawdę, już za chwil kilka wychodzi promyk nadziei na kolejny udany związek a
                  my wiemy, jak w nim postępować, by nie popełnić błędu takiego jak wcześniej,
                  który doprowadzić do rozpadu naszego poprzedniego układu.

                  pozdrawiam i życzę dużo optymizmu i wiary w siebie
                  olivvka

                  PS. We wszystkim można znaleźć pozytywne strony. W rozstaniu także.
    • Gość: sunshine Re: Na serio czy zabawa?... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.09.03, 12:08
      Ja bym chciala wrocic do jednej sprwy. Przyjaciol i naszego prywatnego zycia.
      Z tego co piszesz to zrezygnowaliscie z tego wszystkiego, by moc byc czesciej
      razem. Wedlug mnie blad. Bycie razem to takze pozwolenie drugiej osobie na
      rozwijanie wlasnych zainteresowan, spotykanie sie czasem z kims innym niz
      tylko nasz ukochany. Moze nie mam bagazu doswiadczen, ale jestem ze swoim
      chlopakiem prawie dwa lata i postapilismy na poczatku zupelnie tak samo. Po
      jakims czasie zabraklo nam niestety troche prywatnosci i krok po kroku wracamy
      teraz do przyjaciol, zainteresowan...Wiem,ze na poczatku brak na to czasu,bo
      zafascynowanie druga osoba jest tak wielkie, ze poswiecilibysmy jej caly swoj
      wolny czas. Ale zobaczysz, ze nie tedy droga. Czasem warto spedzic chociaz
      pare chwil z kims innym, pogadac z przyjaciolmi, zeby spojrzec na jakas sprawe
      z innej prespektywy, albo zeby nabrac dystansu?
    • Gość: Dkenka Re: Na serio czy zabawa?... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.09.03, 12:18
      nie rozumiem jednego, dlaczego zrezygnowaliście ze znajomych. Każde z was
      powinno mieć swoich znajomych, nie powinno zamykać się we dwójkę, bo w końcu
      któremuś z was to obrzydnie. Znajomi są potrzebni bez względu na sytuację w
      waszym związku, czy wam źle, czy dobrze. Poza tym 4 mies. to bardzo mało na
      związek, by mówić, że to miłość na całe życie. oczywiście każdy zakochany
      traktuje poważnie swoje uczucie i to dobrze o nim świadczy, ale wy się cały
      czas poznajecie, a zostawienie znajomych nie jest według mnie dowodem na
      miłośc.Zrezygnowaliście dla siebie, nie rozumiem tego, ale może jestem już dużo
      starsza i inaczej patrzę na świat niż Ty Małgosiu. W życiu są piękne i złe
      chwile w związku i bez niego. Dobrze mieć bratnie dusze, prócz ukochanego. A
      martwienie się na zapas, odbiera radość...
    • penelopa.pitstop Re: Na serio czy zabawa?... 03.09.03, 12:58
      No tak jak reszta pytam dlaczego gosc zrezygnowal np z treningow?? Jak minie
      fascynacja albo przyjdzie zly czas to bedzie Ci wytykal w klotni, ze
      zrezygnowal dla Ciebie ze wszystkiego a ty cos tam... itp

      Co do mieszkania z rodzicami to ja akuarat mieszkalam z chlopakiem u jego
      rodzicow i bylo ok. Jego starzy absolutnie nie wnikali w nasze sprawy, bylam
      po prostu kolejnym domownikiem. Dawalam zrzutke na dom taka sama jak moj
      facet. Poza tym matka robila mi kanapki do pracy itp. Normalny uklad.

      Ale co do tych obietnic malzenstwa itp to niestety bywa lipa. Zwlaszcza, ze
      gosc jest w liceum jak piszesz, czy tez je konczy/skonczyl.
      My mielismy 20 lat jak sie spotkalismy. Pomieszkiwalam/a potem mieszkalam u
      niego prawie non-stop troche pozniej czyli moglismy miec tak z 22. W kazdym
      razie nie raz jeden twierdzil, ze jestem jego jedyna, ze ja albo zadna, ze jest
      przywiazany do mnie jak chlop do roli, potem jeszcze teksty, ze bede jego zona
      itp. Wlasciwie to tak z 2 tygodnie przed krachem naszego zwiazku twierdzil, ze
      bede jego zona. Dwa tygodnie pozniej spotkal sie z inna laska.... i nagle
      zaczal ja kochac wielka miloscia.

      Dzis jest sam. A ja poznalam troche starszego faceta, dojrzalego i
      doroslejszego i roznica jest po prostu kolosalna. Nigdy niczego nie obiecywal
      tylko to robi.

      Zawsze mozesz sprobowac z nim zamieszkac. NIe kazda para w tym wieku umiera.
      Moj kolega z pracy ozenil sie z dziewczyna po 11 lat bycia razem a poznali sie
      w liceum. Para z mojej klasy z liceum tez jest juz 11 lat ale zamieszkali razem
      dopiero niedawno. Nawet mam dwie takie pary. W moim otoczeniu sporo jest ludzi,
      ktorzy wzieli slub ze swoimi pierwszymi dziewczynami ale mysle, ze jest tak
      samo duzo przypadkow slubow z ktoras kolejna dziewczyna, poznana w pozniejszym
      wieku. Ja musialam poczekac do 25 zimy, zeby poznac swojego przyszlego meza.

      Penelopa
    • atmen Re: Na serio czy zabawa?... 03.09.03, 22:25
      Jasna sprawa, traktuje Cię poważnie. Radziłabym jednak z dystansem (jakkolwiek
      to byłoby teraz trudne) podejść do - obustronnych – deklaracji o dozgonnej
      miłości, małżeństwie, dzieciach, etc. Po pół roku w związku byłam gotowa brać
      ślub (poznałam mojego chłopaka, gdy miałam 22 lata) i rodzić mu dzieci. Po roku
      zaczęłam się wahać, co z przerwami trwało dwa kolejne lata. A po trzech, dwa
      miesiące temu, rozstaliśmy się.
      Mam oczywiście nadzieję, że z Wami będzie inaczej i stworzycie kiedyś świetną
      rodzinę, realizując Wasze ładne plany... Tymczasem jednak na pewno nie
      zrywajcie kontaktów z przyjaciółmi (to oni mi pomogli w ostatnich miesiącach),
      miejcie choć trochę własnego życia, to niezbędne. Jego rezygnacja z treningów
      też nie była dobrym pomysłem – kiedyś będziecie mieć pierwszy konflikt i
      zapewne wtedy usłyszysz, że nie doceniasz jego poświęcenia dla Ciebie. Tym
      bardziej, że sport na pewno dobrze by mu robił:)
      Przemyślcie też jeszcze mieszkanie z rodzicami (Twoimi lub jego) – rzeczywiście
      będziesz się czuła ciągle jak gość, oby nie jak intruz. Zresztą w ogóle chyba
      za szybko w Waszym przypadku na decyzję o wspólnym zamieszkaniu...
      Pozdrawiam i życzę powodzenia:)
Pełna wersja