beata_4
18.06.08, 20:22
dostałam pracę. No i chwała. Pierwszego dnia dyrektor wyznaczył
swojego człowieka który miał mnie zaprowadzić do "mojego" pokoju.
Człowiek dyrektora zaprowadził mnie, w pokoju zastałam 3 panie które
delikatnie mówiąc nie były zachwycone moim przybyciem. Zorganizowały
mi jednak stoliczek w kąciku i nakazały porządkowanie dokumentów. I
tak już 3 tydzień "porządkuję". Zresztą roboty w tej robocie co kot
napłakał. "koleżanki z pokoju" mają pracy na góra 3 godziny dziennie
( pracę tą zresztą pieczołowicie rozkładają na obowiązkowe 8
godzin . A w ogłoszeniu szukali osoby z wyższym ekon, plus min 5
letni staż w księgowości. No więc myślę sobie że dyrektor zapomniał
o mnie i przy pierwszej lepszej okazji biegnę do niego z taką
pierdołką do rozwiązania. A on uśmiech, jak się Pani u nas pracuje?"
Noż kurczę przecież ja tu wegetuję a nie pracuję. Czuję się jak
bohater piosenki " A co ja tutaj robię" I nie chodzi mi już o to że
praca mało rozwojowa tylko o to że zwyczajnie, po prostu tej pracy
nie ma ( nie tylko dla mnie dla całej reszty również ). Pewnie nie
uwierzycie ale średnio co godzinę jest godzina przerwy podczas
któreej dyskutuje się ile to jest pracy do zrobienia a czas tak
szybko leci że pewnie nie zdąży się zrobić. Czy ktoś jeszcze tak ma?