pieskuba
02.10.03, 22:40
Dużo tu ostatnio wątków o teściach, ze szczególnym uwzględnieniem żeńskiej
odmiany tego zjawiska. Zastanawiam się właśnie, skąd tak wielka, orgniczna
wręcz niechęc mojej teściowej do mnie. Z mężem znamy się już osiemnaście lat,
z czego osiem jesteśmy bardzo udanym małżeństwem. Mamy dwoje dzieci, które
teściowie uwielbiają, kochają ogromnie. Jedynym cieniem na tym rozkosznym
obrazku jestem ja. Moja teściowa oznajmiła mi kilka miesięcy temu, że
musiałabym zmienić w sobie wszystko, żeby mnie mogła zaakceptować, ale
dokładnie nie powie mi co, bo ja i tak nie zrozumiem.
Zabolało mnie to strasznie - od bardzo dawna starałam się, żeby mnie
polubiła, widziałam, że uwielbia dzieci i sądziłam, że może część tych
ciepłych uczuć kiedyś przypadnie mnie, bardzo na to liczyłam. Lubiłam mówić
do niej "Mamo". Moja mama umarła wiele lat temu.
Najgorsze jest to, że ja naprawdę nie wiem, o co jej chodzi. Dzieci są
zadbane, jej własny syn też, mieszkanie wygląda jako tako - trochę bałaganu,
ale miło i przytulnie. Lubię gotować, nie wydaję na siebie pieniędzy, nie
latam na imprezy, nie kupuję drogich ciuchów. Aha, książki kupuję i czytam.
A ona nienawidzi mnie jak zarazy.
Od czasu, gdy uczyniła mi to wyznanie o koniecznych, acz nieokreślonych
zmianach, nie widujemy się już. To chyba jasne, że nie będę chodzić do kogoś,
kto wprost mówi, że mnie nie lubi. Nie zapraszam jej też do nas, bo nie
rozmawiamy ze sobą. Mąż jest bardzo zajęty, więc nie ma czasu odwiedzić
mamusi z dziećmi. A ona ma jeszcze więcej powodów, żeby mnie nie znosić - bo
przecież to JA izoluję ją od dzieci.
Smutno mi.
pieskuba