konto_zastepcze
10.12.08, 09:08
Witam serdecznie...
Mam taki problem.. otóż próbuję się jakoś rozstać z dziewczyną... Jesteśmy ze sobą już ponad 7 lat, wcześniej nie mieliśmy żadnych partnerów - pomimo dość "zaawansowanego" wieku... Nie mieszkamy razem. Nasze charaktery, niestety kompletnie do siebie nie pasują.... przez te lata było wiele kłótni..rozmów, ja zwykle próbowałem wszystko ratować, zawsze godziłem się na kompromis. Efekt tego jest taki, że pozwoliłem się osaczyć, potrafić się uśmiechać nawet wtedy gdy byłem traktowany jak szmata i nazywany k...sem czy ch....em z błachego powodu (typu źle położona książka na półce, zmierzwiony koc na łóżku czy przez przypadek wylana herbata....) A ja zgadzałem się na wszystko - by nie być samotnym, czując się zobowiązany wobec drugiej osoby... Związek przekształcił się chyba w typowe przyzwyczajenie - nie ma miłości, czułości, "motylków w brzuchu" i od paru lat nie ma też seksu. Jest po prostu wspólne spędzanie wolnego czasu, ogladanie tv, wyjście do kina czy znajomych. Wszystkie moje pomysły czy marzenia są tłumione i bombardowane... Nie widzę w tym przyszłości, życie przecieka przez palce i czuję, że mogę zmarnować sobie życie. Przez długi czas myślałem - że to własnie tak ma być - trzeba iść na kompromis, trzeba się dostosować do partnera - co robiłem.... ale w końcu po rozmowach z ludźmi, otworzyły mi się oczy, że to nie jest do końca normalne... minęło kilka miesięcy..... i chciałbym to zakończyć..chciałbym się uwolnić... Mam jednak obawy.... mam poczucie obowiązku wobec niej - zastanawiam się co z nią będzie jak odejde, jak sobie poradzi itp? Przypominam, że nie mieszkamy razem, ale ona nie pracuje - mieszka z rodziami, ale z tego wzgledu ze jest bez pracy, to ja pomagam jej finansowo... Efekt jest taki, że po prostu boję się to zrobić i odsuwam to... choć męczę się strasznie......
pozdrawiam gorąco...