agneszka.g
13.12.08, 17:20
Jakiś czas temu poznałam faceta, którego rodzinny kraj jest na innym kontynencie.
Jest nam ze sobą bardzo dobrze, ale ja mam coraz więcej wątpliwości, pomimo
tego, że w sumie powinnam mieć ich coraz mniej. Po prostu czuję, że to już
przeradza się w coś naprawdę poważnego, a ja nie jestem pewna czy tego na
pewno chcę. Może się boję?
Niby jest wszystko pięknie, cudownie, a ja co wieczór myślę, co mam robić -
cały czas jedna myśl - jeszcze nie jest za późno na rozstanie, będę mniej
cierpiała, jak zrobię to teraz. Po prostu wiem, że jeszcze go nie kocham.
Jestem zauroczona, jest mi bliski, czuję się przy nim piękna, kochana i
bezpieczna. Taki związek chyba trochę z rozsądku. Chociaż ja w ogóle długo się
zakochuję.
Po 1. Jest ode mnie 15 lat starszy i jest rozwodnikiem. Wiek może nie ma
ogromnego znaczenia, ale jak sobie pomyślę, że jak ja będę miała 35, a on 50,
to mam mieszane uczucia.
Po 2. Wiadomo, różnica kultur, językowa (na szczęście nie religijna). Wspólnym
językiem jest angielski - ja ni w ząb nie umiem nic w jego języku (no kilka
pojedynczych słówek), chociaż on trochę umie mówić po polsku - niestety to nie
wystarcza, bo czasem po prostu ciężko nam się porozumieć. Szczególnie jeśli
pojawiają się tematy z tych "ciężkostrawnych".
Po 3. Moi rodzice kompletnie go nie akceptują (pomimo tego, że jest
wykształcony, odpowiedzialny i dobrze mi z nim).
I po 4 - chyba najważniejsze - on do PL przyjechał w konkretnym celu - zarobić
pieniądze. Wiem, że za 2, może 3 lata będzie chciał wrócić do siebie. Może nie
na stałe, ale na pewno na jakiś czas. A ja nie chcę ruszać się z Polski. Jest
mi tu dobrze i nie chciałabym wyjeżdżać na jakiś dłuższy okres (mówię tu o
latach, kilka miesięcy zdzierżę). Mam tu rodzinę, przyjaciół itd. Już
2-tygodniowe wakacje są dla mnie męczarnią, jeśli nie mam ich w pobliżu, a co
dopiero kilka miesięcy. Wiem, że ludzie wyjeżdżają na lata, że da się
wytrzymać i zaaklimatyzować w innych miejscach, ale ja czuję, że bym nie
potrafiła - jeszcze gdyby to była Europa, to OK, przynajmniej byłoby "blisko"
i można by było się częściej odwiedzać, a to jest zupełnie inny kontynent.
Zwykle w związkach występuje tylko jeden z tych problemów (o ile w ogóle
występuje). Np. że on jest dużo starszy, albo jest z innego kraju, albo tatuś
go nie trawi, albo coś tam. A u mnie to wszystko na raz.
Powiedzcie, co Wy byście zrobiły?