desperate_susan
05.01.09, 01:30
Kocham od 3.5 roku... prawie rok temu zostalam zdradzona... klasa
maturalna, nie bylam w stanie normalnie funkcjonowac i na niego
patrzec, nieobecnosc w szkole 1.5 roku, codziennie placz, schudlam
ponad 10 kg, matura niezdana... wakacje z ksiazkami by zdac
poprawke... na studia nie poszlam bo chce miec rok przerwy od tego
wszystkiego... juz normalnie funkcjonuje... pogodzilam sie z tym,
wybaczylam lub choc po czesci... robie co moge by znow cieszyc sie
zyciem, nie mysle, nie wspominam, juz nie placze tyle, poznaje
nowych ludzi, mam nowe cele i marzenia - stare dotyczyly tylko
nas... staram sie spedzac czas z przyjaciolmi, chodzic na imprezy i
spotykac z chlopakami... ale na nic, nic mi nie pomaga, nic nie jest
w stanie przegonic go z mojej glowy, czasem zacznynam plakac na
ulicy i nie moge przestac... tak bardzo tesknie, wszyscy naokolo
mysla, ze juz mi przeszlo, ze juz sie z tym pogodzilam a ja po
prostu rozlozylam bol na raty, staram sie panowac nad soba ale to i
tak boli... wyzera od srodka, autodestrukacja... dopiero teraz
dociera do mnie, ze to koniec, ze nas juz NIGDY nie bedzie...
predzej zylam nadzieja, ze jeszcze mzoe sie jakos ulozy... najgorsze
jest to, ze trace najlepsza czesc samej siebie, trace to co we mnie
najpiekniejsze, nadzieje, wiare, milosc, nieustanna chec czerpania z
zycia co najlepsze, radosc, usmiech codziennosci i spojrzeenie z
usmiechem w przyszlosc... tego juz nie ma... nic nie widac... lzy
zamazuja widok... :( dlaczego to nadal we mnie trwa? dlaczego jest
On nadal tak blisko mnie skoro jest tak daleko...? kiedy to sie
wreszcie skonczy? :( czy mam pojac zdrade jako nauczke za zbyt mocne
kochanie? za to ze kochalaam pomimo wszystko a nie za cos?
dziekuje za chec przeczytania tego... pozdrawiam serdecznie i zycze
duzo milosci...