wlatca_moh
18.03.09, 19:39
Mam debilną sytuację. Jesteśmy z żoną 5 lat po ślubie, mamy 4-
letniego synka. Od początku nasze małżeństwo było trudne, m.in. z
powodu pieniędzy. Podzieliliśmy się bieżącymi wydatkami, ale z tego
co zostawało żona sporo wydawała na ciuchy, a ja naiwnie
finansowałem działkę, meble, samochód, itp. Nieraz byliśmy o krok od
rozwodu, ale w końcu wywalczyłem rozdzielność majątkową. Mieszkamy w
2-pok. mieszkaniu żony, które jest już za małe dla naszej rodziny i
były już o to kłótnie. Syn za 2 lata pójdzie do szkoły, a na razie
nawet nie ma swojego łóżka. Żona chciałaby mieszkać w domu, ale przy
jej rozrzutności bałem się wspólnie brać kredyt. Podczas kolejnej
groźby rozwodu trafiła mi się okazja, więc sam wziąłem kredyt i
kupiłem 3-pok. mieszkanie, bo w przyszłości z alimentami żaden bank
by mi pewnie nie dał. Samemu mi tyle metrów na razie niepotrzebne
więc tymczasowo chciałem je wynająć aby kredyt się spłacał, ale znów
pogodziliśmy się więc moglibyśmy tam zamieszkać. Żona też wolałaby
się przenieść do mojego, ale znów jest problem z finansami. Ja
uważam, że rodzice powinni wspólnie płacić za poprawianie standardu
życia rodzinie. Aby uniknąć kolejnej kłótni o wydatki zaproponowałem
aby zamieszkać w wynajętym (cudzym) i koszty podzielić po połowie,
ale żona boi się wynajmować bo wg niej ktoś nas zaraz wyrzuci, poza
tym to wyrzucanie pieniędzy, itd. Z drugiej strony nie uważa, że za
życie w moim mieszkaniu może zapłacić jedynie połowę opłat, poza
tym „chce coś zaoszczędzić” z wynajęcia swojego mieszkania. Kredyt i
koszty wykończenia spłacam ja, w końcu to moje mieszkanie, ale nie
stać mnie żebym znów tylko ja płacił za to, aby nam się żyło lepiej.
Jak to widzicie, co robić? Będę wdzięczny za opinie i rady.