red_shoe
14.04.09, 21:42
Wiem, było sto razy, nawet kilka tygodni temu by taki wątek, ale
wybaczcie, jestem strasznie zdołowana...
Wiem, żem głupia, że tak się nie robi, ale... Było ich dwóch. Jest
ich dwóch. Jeden od dawien dawna, drugi od kilku miesięcy. To temu
drugiemu mówiłam bez oporów kocham, to w jego ramionach czułam się
szczęśliwa, to do niego zaczęłam się uśmiechać, jak nie uśmiechałam
się przez wiele lat. W pierwszy związek wrosłam strasznie, łączyło
nas kilka dobrych, a całe mnóstwo złych zdarzeń, które jednak
cementują nie gorzej niż dobre... Teraz dopiero widzę, że przez ten
cały czas z nim nie byłam sobą, wprawdzie zakochana na swój sposób,
ale ciągle coś udawałam, ciągle były jakieś zarzuty, że robię coś
nie tak, nie tak wyglądam, nie staram się dostatecznie... toksycznie
było. Przed dwoma tygodniami rozmawialiśmy, dużo emocji, on widzi od
dawna, że chciałabym odejść, a ciagle jeszcze cos mnie trzyma, mówi
że postanowił teraz o mnie walczyć, mówił tyle miłych słów, ile
przez ostatnie 5 lat nie usłyszałam. Wypiliśmy sporo, ja ryczałam, w
końcu wylądowaliśmy w łózku. Teraz mam baardzo duże podejrzenie, że
owoc tego spotkania zagnieździł się we mnie. Test mogę zrobić
dopiero jutro lub pojutrze, gdz będę przez kilka godzin sama i będę
mogła ryczeć do woli.
Nie z tym, nie z tym, teraz wiem na pewno, czuję, że będę całe życie
nieszczęśliwa i nigdy sobie nie wybaczę, że tak długo nie mogłam
podjąć decyzji, by odejść, że stracę na zawsze człowieka - kochanka,
którego kocham bardzo i byłam z nim najszczęsliwsza w świecie.
Nie przyjmuję mejli typu, że trzeba było uważać i myśleć wcześniej,
ja to wszystko wiem. Zastanawiam się tylko , czy znacie takie
historie, jak można z tego wybrnąć uczuciowo i nie zwariować.
Dzieciaka - jeżeli by faktycznie był - mimo wszystko chciałambym
urodzić - uprzedzam tu różne komentarze. Nie wiem jednak, jak
możnaby nie zwalić na niego winy w przyszłości za stracone szansę,
za życie, które poszło nie w tą stronę jak trzeba.
Wdzięczna bym była za jakąkolwiek pociechę, mimo wszystko.