facilidad
12.05.09, 20:11
Nie wiem własciwie, od czaego zaczac, bardzo chce sie wygadac. Nie oczyszczac
siebie, czy szukac rad, po prostu opowiedziec, co mi lezy na sercu.
moje relacje z matka nigdy nie byly idealne. zadnych wyznan milosci,
przytulania, calowania - nie pamietam nic takiego. zawsze musialam ciezko
pracowac, zeby ja zadowolic. idealne oceny w szkole, wzorowe zachowanie.
pamietam, jakie wrzaski byly, kiedy dostawalam zlabsza ocene (dla niej
niekiedy 4 byla slabsza ocena). wiec harowalam. takze dla siebie, bo nauka
trudnosci mi nie sprawiala. bylam chyba pajacykiem, ktorym sie mozna pochwalic
przed znajomymi.
wybrala mi klase w liceum i zdecydowala, na jakie pojde studia. placila za
korepetycje,zebym sie mogla na uczelnie dostac. okay, doceniam to, bo duzo mi
te lekcje daly. poszlam zatem na te studia, na ktore chciala.i co? musialam z
nich zrezygnowac, bo nie byly dla mnie, bo sobie nie radzilam. nie wybaczyla
mi tego do dzis, minelo juz 5 lat. ciagle wypomina,ze ja zawiodlam, ze sie nie
uczylam, ze mialam cos innego na glowie.zemoje aktualne studia sa nic nie
warte, ze i tak ich moge nie skonczyc... to bardzo boli.
mialam niecale 22 lata, kiedy wyszlam za maz. wiem, ze to byla taka troche
ucieczka przed nia, przed toksynami, ktorymi mnie zatruwala. ale nie zaluje
swojej decyzji, bardzo kocham mojego meza i mimo uplywu lat teraz podjelabym
taka sama decyzje, wiec jakie to ma znaczenie, czy wyszlam za niego majac lat
22 czy 26.
matka do tej pory krytykuje mnie za wszystko, co prawda nie wtraca sie w moje
zycie, bo daleko mieszkam, a poza tym, nie pozwalam jej na zbyt wiele. ale i
tak kupuje mi ubrania (bo przeciez ja sobie kupuje szmaty), mowi mi, ze
powinnam sie ubierac w drogich sklepach, ze jej bratowa wydaje kupe kasy na
ubrania i siebie, a ja zabiedzona chodze. tak, moj maz zarabia mase kasy, ale
ja nie mam ochoty wydawac jej na szmaty. mamy w zyciu cel - dom (na razie mamy
mieszkanko, wlasne na szczescie), chcemy cos odlozyc. poza tym, ja jestem
zadowolpona ze swoich ubran, moze nie sa najdrozsze, ale ladne i takie, jak ja
chce. wole kupowac ksiazki, plyty, pojechac na wakacje gdzies, zamiast pakowac
wszystko w ubrania...
nigdy nie czulam jej milosci. raczej czulam sie jak zabawka, ktora musi
spelniac oczekiwania. wiecznie patrzyla wilkiem, bo a to ktos widzial, jak sie
calowalam z chlopakiem (moim mezem aktualnym), a to zamiast o 20 wrocilam
kwadrans po, a to poszlam do domu do mojego chlopaka (kto to widzial...).
ciagle sie obrazala, a ja zawsze przepraszalam, bo to matka, prawda?
niezaleznie, co sie stalo - np. przypalil mi sie sos, bo sie zaczytalam,
potrafila robic awanture i nie odzywac sie dwa dni, krytykujac mnie potem przy
rodzinie, ze jestem ciapa.
uzurpuje sobie takze prawo do decydowania o moim rozmnazaniu. krytykuje, ze
biore hormony (nie wiem, jakim cudem to wyczaila. kiedys bralam duphaston,
byla tragedia, ze sie szprycuje. teraz biore antykoncepcyjne, oczywiscie
obrazila sie, ale nie wiem, skad to wie...). przy rodzinie i znajomych mowi,
ze my jeszcze przez 2 lata nie bedziemy mieli dziecka (owszem, zdarza mi sie
ostra riposta, tylko co to zmienia?).
nigdy nie wsparla mnie emocjonalnie. kazda zaliczona przeze mnie sesje (zawsze
w I terminie) podsumowuje, ze wiecznie tak nie bedzie i ze to dziadoskie
studia, no to mi latwo (a studia nie sa dziadoskie, scisle, trudne, no i na
najlepszej polskiej uczelni).
nigdy nie poparla mojej decyzji. juz nie powiem, ze wesele zrobila po swojemu,
nie mialam ani slowa do powiedzenia (ani kogo zaprosic, ani jak ubrac sale,
ani w kwestii menu - suknie sama wybralam na szczescie) - bo zgodzilam sie,
zeby zaplacila za to... naiwna bylam, przyznaje. ale to ona mnie namawiala. no
i zrobila wszystko po swojemu, jeszcze z obraza majestatu, ze smiem probowac
sie wtracac. to przestalam, to tylko wesele. dla mnie wazniejszy byl slub, a
nie pokazowa, jaka odstawila ona.
ech, ciezko mi w zyciu. bo moja matka znowu jest na mnie obrazona. znow za
jakas pie.... tyle ze nie mam sily jej przepraszac kolejny raz. poczekam.
moze zlosc jej w cudowny sposob minie.