grey_trousers
24.05.09, 12:59
Jestem z M od kilku lat... Nie mieszkamy razem. Na początku było tak
sobie, zastanawiałam się, czy to ma sens, ale to trwało i
faktycznie, był czas, może ze 2 lata, kiedy było cudownie, ja
zakochana po uszy. Od dłuższego czasu jest nijak. Mamy coraz mniej
czasu dla siebie, prawie się nie widzimy. On chciałby, żebyśmy
zamieszkali razem, zawsze tego chciał, ale nie nalegał. Ja nie
jestem pewna. Wydaje mi się, że różni nas zbyt wiele.
On jest dużo starszy, kiedyś mi to nie przeszkadzało, teraz zaczyna.
Mamy chyba inne temperamenty, inne sposoby spędzania wolnego czasu.
On lubi zacisze domowe, może dlatego, że pracę ma głośną i
nieprzewidywalną, ja odwrotnie. Nie stara się dopierać słów, ile
razy płakałam, bo czułam się zdołowana, niedowartościowana,
gorsza... W czasie, kiedy byliśmy razem, kilka razy go zdradziłam,
zawsze z facetami od których dostawałam to, czego mi w tym związku
brakowało - czułość, spontaniczność, trochę szaleństwa, umiejętność
empatycznego słuchania.
Z drugiej strony wiem, że M na mnie zależy, nie tak dawno zaczął po
raz pierwszy zresztą powtarzać, że mnie kocha, że jestem miłością
jego życia. Wiem, że mogę na niego liczyć, że jak go o coś
konkretnego poproszę, nie odmówi. Przeszkadza mi jednak, że on
pomaga, kiedy ja dopiero konkretnie sformułuję prośbę, że nigdy z
własnej woli i ciekawości nie zapyta, co mnie gnębi, czym się
stresuję, czemu nie mogę spać po nocach i czemu bywam płaczliwa. Nie
umiemy szczerze ze sobą rozmawiać, po tylu latach. Ostatnio lapię
się na tym, że szukam haka na niego, pretekstu do rozstania. Coraz
częściej myślę, że nie uda nam się wyjść poza obecną fazę naszego
związku, że nie będzie lepiej, bliżej. Może po prostu nie jest
pisane nam być ze sobą. Ale po takim czasie, kiedy - mimo wszystko -
łączy nas wiele, i dobrego, i złego, trudno podjąc decyzję o
rozstaniu. Czasem wydaje mi się, że nie kocham go wystarczająco i
czuję się winna, jakby to była moja wina. Czasem myślę, że ja go
nadal bardzo kocham, ale nie potrafimy być razem ze sobą szczęśliwi.
Boję się, że mu będzie przykro, że będzie cierpiał, jak go zostawię
i nie mam na to siły. Boję się też, jak mi będzie samej - mimo
wszystko M jest dla mnie bardzo bliską osobą, był punktem
odniesienia przez tyle lat. Zapętliłam się, ten stan zawieszenia
trwa już od kilkiu miesięcy, a ja wciąż mam nadzieję, że zdarzy się
coś, że będzie lepiej, że wyjedziemy gdzieś i będziemy sami ze sobą
(nie zdarza się nam to prawie nigdy, może my nie mamy ze sobę o czym
rozmawiać?), że ja się postaram i będzie dobrze (to jego ulubiony
wyrzut - ja się nie staram wystarczająco).
Zresztą nie wiem - jak to powiedzieć? Myślę, że on nie uwierzy, już
wielokrotnie zastanawiałam się głośno, czy mamy jeszcze szansę razem
i zawsze do niego wracalam. Jak kończy się takie związki? Przestaje
się do siebie dzwonić? Na pytanie znajomych, co u M, odpowiada
się "już nie jesteśmy razem" z uśmiechem czy poważną miną? Mijając
się na ulicy podaje się sobie rękę czy udaje, że się nie widzi, by
nie rozdrapywać uczuć, które przecież jeszcze są? Po jakim czasie
mozna wyskoczyć z propozycją wspólnego wipicia kawy i pogadania?
Przepraszam za tak długi wpis, ale mam doła, nie mam wprawy w
rozstaniach, nie wiem, czy go jeszcze kocham, czy po prostu boję się
smutku, zranienia kogoś i bycia zranioną.