september777
29.05.09, 03:08
Historia banalna: 7 lat małżeństwa, dwoje malutkich dzieci,
wszystko, pod słońcem czego potrzeba, aby być szczęśliwym i...
Małżeństwo nie sielankowe, zwłaszcza przez ostatnie 2 lata,
kilkakrotne dłuższe lub krótsze okresy kryzysowe, parę rozmów o
rozstaniu i każdorazowo - uzyskanie przekonania, że jednak się
kochamy, że to co mamy (rodzina) jest ważne.
We wrześniu ubiegłego roku poważna, konstruktywna rozmowa
porządkująca sprawy między nami i umowa na nowe podejście do nas -
że więcej uwagi, ze więcej czasu razem...itd. Kolejne cztery
miesiące konstruktywne, udaje nam się realizować nowy kierunek,
powolutku - wiadomo, takie rzeczy wymagają czasu - ale robi się
coraz przyjemniej, finał - cudowny Sylwester- obupólne zadowolenie i
radość, że nam tak fajnie.
Za chwilę - on poznaje w pracy Panią, z którą "dawno mu się tak
dobrze nie rozmawiało". Styczeń - kłótnia między nami, z mojej
perspektywy - taka, jak zawsze, nic nadzwyczajnego. Od tej pory -
cisza w związku, proces odnowy/przebudowy zachamowany, narastająca
od tamtego czasu wzajemna agresja, wyczuwalna gołym okiem.
Stanowisko męża: chce rozwodu, nic już do mnie nie czuje, nie
pamięta żadnej dobrej chwili odkąd się pobraliśmy, nie obchodzi go
dokąd wychodzę i kiedy wrocę.
Stanowisko moje - zdezorientowana.
Tydzień temu - zdemaskowany: od grudnia spotyka się z Nią, jest
zaanażowany także uczuciowo, tak-przyznaje się, przeprasza że mnie
skrzywdził, ale dalej chce rozwodu, bo "nic do mnie nie czuje"
i "nie wierzy", że między nami może być lepiej. Do psychologa nie
pojdzie, bo to tylko wyciąganie kasy. Nie wierz, nie wierzy nie
wierzy że może być lepiej.
Absolutna negacja mnie i tego co jest i było między nami.
Pytanie do Was: czy warto walczyć o utrzymanie tego małżeństwa? Jak?