seastrom
26.07.09, 20:28
banalna historia: ja-studentka, on-mój wykładowca,bóg,wszystko.Z mojej
strony-patologiczna fascynacja,zauroczenie,z jego:intencjonalne podkręcanie
moich emocji.prawie 3,5-letni romans uczelniany, o którym wszyscy
wiedzieli.ostentacja,afiszowanie się,wspólne wyjazdy i nie tylko.to-"po
godzinach",na co dzień:żona i 8-letnia córka,ustawiony,kilka
domów,mieszkań,spore konta.
od 4 tygodni jestem z nim w ciąży, która nie jest wpadką kontrolowaną.gdy
dowiedział się o tym,zaproponował wyjazd do holandii.nie moge sobie pozwolić
na to dziecko,i on dobrze o tym wie-nie mam mieszkania, pracy, rodziny.koszt
aborcji-2000 euro.zapłaci, jestem tego pewna, aby pozbyć się problemu.tylko
nie jestem pewna,czy to dziecko byłoby dla mnie aż takim
problemem.wystarczyłoby,że przez 2-3 lata pomógłby mi finansowo,potem
stanęłabym na własne nogi, nie żądałabym nawet alimentów.ale on jest
patologicznie skąpy i nigdy na coś takiego nie poszedłby.myślę,że główną
przyczyną tego, że chce się pozbyć tego dziecka jest fakt, iż dziedziczyłoby w
przyszłości,po śmierci jego i jego żony 1/2 majątku.
nie oceniajcie mnie-proszę,napiszcie,co o nim i jego decyzji sądzicie. czy
jest ostatnim sqrwielem,czy po prostu chroni swoją rodzinę?