Bródno - text z "Expressu Wieczornego"

30.10.05, 20:05
Bródnowska świętość



„Pelcowizna czy Bródno?” – pytanie to zadawali dziennikarze wielu gazet.
Pelcowizna, szczątkowo, ale jednak istniała, ograniczona do ogryzków kilku
uliczek z paroma domkami i gołębnikami na zapleczu hal FSO oraz torów
kolejowych, najliczniej chyba w Warszawie rozgałęzionych. Żył jeszcze w swoim
drewniaku przy ulicy Czahary (dawna Pomorska), doktor Stanisław Welbel. Było
on przedwojennym lekarzem kolejowym, u którego leczył się także Jan Macheda –
proboszcz parafii świętej Jadwigi na Pelcowiźnie. Ksiądz Macheda, mimo iż
schorowany, dożył dziewięćdziesiątki, a starsi bródnowianie wciąż wspominają
go jako człowieka wielkiego serca, oddanego Bogu, kochającego ludzi.

Granica między Pelcowizną a Nowym Bródnem, przebiega po linii wału kolei
nadwiślańskiej. Podział ten jest nie zmieniony od roku 1878, czyli od czasu
budowy tego odcinka drogi żelaznej. Zmieniło się wiele, pachnące żywicą
drewniaki Bródna wyparły z butą - ale bez fasonu - standardowe bloki, małe i
duże, wysokie i niskie, ale na pewno nijakie. Zbudowano FSO, a magistrackie
tabliczki Miejskiego Systemu Informacji wciąż wskazują Pelcowiznę, błyszcząc
w słońcu na gmachu dyrekcji dawnego Daewoo, od strony Wisły.
Przy ulicy Warmińskiej, nie figurującej już nawet w indeksie ulic innych
dzielnic, osiedli i kolonii stolicy, na Pelcowiźnie, miał wielką, luksusową
jak na te rejony kamienicę pan Wojciechowski. W kawiarni „Pod Lipką”
spotykano się przy herbacie i kawie (nigdy wódce – ten „rarytas” dostępny był
w najbliższym szynku Hasego na Bródnie). Zęby leczyła stomatolog dr Anna
Dietrich. Wąską, brukowaną kocimi łbami, oświetloną lampami gazowymi uliczkę,
dumnie nazywano „główną”.
„W centralnej, środkowej części, dymiła piekarnia pana Polańskiego. Nieopodal
usadowiły się dwie masarnie: panów Frinda i Biniędy, którzy za bezcen
pozbywali się okrawków przeróżnych wędlin, czyli rozmaitości. Trudno nie
wspomnieć ciastek pana Pawlaka, gdzie można było nabyć pękatą torbę okruchów
za 30 groszy. W głębi ulicy mieściła się odlewnia ołowianych precjozów pana
Santorskiego, roznosząca wokół mdły zapach farb nitrowych. Modelarzem odlewni
był, mieszkający nieco dalej przy ulicy Pomorskiej, wielce utalentowany
rzeźbiarz, pan Niechciał. Duża stolarnia pana Zybekiera dodawała splendoru
mojej ulicy, zaś dwa małe żydowskie sklepiki i pracownia pana Gurmana,
oddawały jej pełny wizerunek. Nawiasem mówiąc, rodzina Gurmanów miała
niebywałe szczęście: „krawiec, jego żona i brat żony, przeżyli okupację,
przebywając w różnych miejscach” – pisze na łamach książki „Bródno i okolice
w pamiętnikach mieszkańców” Polikarp Kazimierz Dunin – Błaszkowski.
Całkiem niedawno, bo w 1996 roku asfalt zalał ostatnią ważną, w pełni
zachowaną arterię Nowego Bródna – bruk z polnych kamieni, rynsztoki i szyny
tramwajowe na ulicy Wysockiego. Jednakże – dzięki interwencji Tadeusza Szurka
i Zbigniewa Jankowskiego z Tramwajów Warszawskich, ocalał maleńki, może
sześćdziesięciometrowy odcinek bruku, wzdłuż którego ustawiono na nowo cztery
słupy trakcji tramwajowej. Zainstalowano także replikę przystanku sprzed 1939
roku.
Brukowana Wysockiego znajduje się tuż przy „Bródnowskiej Świętości” –
pomniku, wzniesionym przez mieszkańców Bródna w 1925 roku, w podzięce za
zwycięstwo w Bitwie Warszawskiej 1920 roku. Kwadratowy, betonowy pomnik
wrócił tu kilka lat temu, gdyż po wojnie zdewastowali go komuniści, chcący
zapomnieć o tak „haniebnych” czynach jak opór przed nauką Lenina, niesioną
Europie przez Armię Czerwoną pod komendą Michaiła Tuchaczewskiego.
Na Bródnie mieszka jeden z ostatnich uczestników Bitwy Warszawskiej –
podpułkownik Ryszard Zysek. Był małym dzieckiem, gdy towarzyszył swojemu ojcu
pod Radzyminem. Dziś ma 91 lat i od co najmniej siedemdziesięciu mieszka na
Bródnie. Wszak to ppłk Zysek, wraz z Kołem Miłośników Bródna, odbudował
Pomnik. Wszystko jest powiązane...
Przemysław M. Burkiewicz


Pełna wersja