olik7
20.01.04, 11:35
Przeczytałam wszystkie posty i każdy z nich po trochę odniosłam do siebie.
Nasunęło mi to myśl, żeby podzielić się także częścią mojego życia,
szczególnie odnosząc się do tolerancji, grzechu, przebaczania, obecności w
Kościele.
Od kiedy wiara w Boga zaistniała w moim życiu, wielkie znaczenie miało dla
mnie poczucie wspólnoty w Kościele (katolickim).
Zawsze, ponad wszystko marzyłam o założeniu szczęśliwej, kochającej się
rodziny - ceniłam sobie, że KK stawia rodzinę jako wspólnotę na piedestale.
Nie udało się, nie spotkałam "tego jedynego" człowieka i chyba nigdy się z
tym nie pogodzę i nigdy tak do końca nie będę szczęśliwa. Przeżyłam kilka
kryzysów wiary, zresztą chyba jak każdy. I tak się potoczyło życie, że jestem
samotną mamą, jak najlepiej potrafię wychowuję moją kochaną córeczkę.
I od kiedy jestem mamą czuje się z KK zupełnie wyalienowana.
Zobaczcie - prawie każdy grzech, nawet jak najbardziej tragiczny w skutkach
jest "niewidoczny" dla innych.
Kobieta, która rodzi nieślubne dziecko niejako przyznaje się przed całym
światem do życia grzechu. Chciałabym abyście dobrze mnie zrozumiały. Żaden ze
starych znajomych księży nie zaprosi mnie już na kawę, najlepsi przyjaciele z
oazowo-pielgrzykowych eskapad spotykają się "rodzinnie", dziwne spojrzenia na
mszy, komentarze "Po co Ty w ogóle chodzisz do tego kościoła??? "
Jest mi czasem baaaardzo smutno z tego powodu. Gdyby któraś z was była w
podobnej sytuacji, chetnie nawiążę kontakt.