Dodaj do ulubionych

Wojtek, czyli o "walce z dyskryminacja"

13.11.09, 10:15
No, stary rekin sie splakal surprised. Ale nie o tym bedzie.
W najnowszym TP Wojtek Bonowicz pisze o niedawno zmarlym naszym dawnym koledze
z podworka:

"Pilnował porządku na placu zabaw. Przeganiał z huśtawek starszych chłopców,
upominał tych, którzy dokuczali dziewczynkom, głaskał dzieci, kiedy płakały,
bo zatarły oczy piaskiem. Jak każdy downowiec, dłonie miał delikatne,
stworzone do pieszczot. Sam huśtał się tylko wtedy, gdy plac był pusty.
Chodził w krótkich spodniach na szelkach i kraciastych koszulach. Szybko
zaczął łysieć, więc na głowie miał zawsze czapkę z daszkiem, która chroniła go
przed słońcem.

Pochodził z dobrej mieszczańskiej rodziny; opowiadał z dumą, że wychowywał się
przy Rynku i jako małe dziecko na spacery chodził na Planty. Mówił niewyraźnie
i kiedy się na nas wściekał, bo nie chcieliśmy zejść z huśtawki, nie można go
było zrozumieć. Ale nie pamiętam, żebyśmy kiedykolwiek się z niego nabijali.
Raczej imponował nam jego upór. Lata mijały, a Wojtek się nie zmieniał i bawił
dzieci tych, na których kiedyś krzyczał. Miało się wrażenie, że mieszka na
osiedlu od zawsze.

Podziwiałem jego rodziców; inni ukrywali wtedy swoich „mongolików” w domach, a
Wojtek chodził, gdzie chciał, poznawał nowych ludzi, żył. A ponieważ był
dobry, świat przy nim też był lepszy. Kiedy w osiedlowym klubie powstała
pracownia plastyczna, odwiedzał ją regularnie. Rysował interesująco, trochę
jak Nikifor, głównie miasta, pomniki, kościoły. Nigdy nie opuszczał
niedzielnej mszy, wiele razy mówił mi, że chciałby być księdzem.

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych zaczęliśmy razem jeździć na obozy. W
wolnych chwilach Wojtek prosił o gazety. Siadał przy kawie, ciastku i
przepisywał do zeszytu tytuły. Nie umiał pisać, więc po prostu kopiował
litery, po swojemu je zniekształcając. Dyskutowaliśmy o polityce. Wojtkowi
imponowali ludzie władzy, zwłaszcza elegancko ubrani i gładko się
wysławiający. Dlatego chwalił Kwaśniewskiego i nie lubił Wałęsy. Kiedy
żartowałem, że przez takich jak on wróciła komuna, śmiał się i pokazywał mi
kółko na czole.

W czasie wieczornych spotkań modlitewnych wstawał i zaczynał ni to modlitwę,
ni kazanie. Jego monolog był nieuporządkowany, emocjonalny, powtarzały się w
nim słowa: wspólnota, kochać, cierpienie, Jezus, miłość. Opowiadają, że święty
Jan pod koniec życia powtarzał tylko jedno zdanie: Bóg jest miłością. Wojtek
był naszym świętym Janem.

Żył długo, prawie sześćdziesiąt lat. W późnym wieku przeszedł pomyślnie
operację serca, ale zaczął mu się pogarszać wzrok. Kiedy robiło się ciemno, z
trudem odnajdywał drogę powrotną. Latem 2006 roku miał wylew. Leżał najpierw w
szpitalu, potem w domu. Opiekowała się nim młoda dziewczyna. Któregoś razu
poprosiła mnie, żebym go ogolił. Po raz pierwszy goliłem innego mężczyznę.
Robiłem to niezgrabnie, bojąc się, że go skaleczę. Wojtek patrzył mi w oczy i
chyba mnie nie widział.

Kiedy przyszedłem do niego po raz ostatni, spał na kanapie, odwrócony tyłem do
pokoju. Rozmawiałem z opiekunką przez jakieś pół godziny, ale nawet się nie
poruszył. Mówiła, że jest coraz słabszy, coraz mniej rozumie z tego, co się
wokół niego dzieje. W końcu zacząłem się zbierać: „Skoro Wojtek się nie
obudził, to znaczy, że się jeszcze spotkamy”, zażartowałem. I wtedy nagle się
ocknął, odwrócił głowę i spojrzał na mnie. „Wojtusiu”, wyszeptał przytomnie. A
potem znów zapadł się w sobie.

Wyszedłem na korytarz i się poryczałem."

http://tygodnik.onet.pl/0,35723,wojtek,komentarz.html

To, o czym Bonowicz pisze, to byla, naturalnie przyjmowana, rzeczywistosc
naszego dziecinstwa. Byl poczatek lat osiemdziesiatych, a Wojtek, ten drugi
Wojtek, byl wprawdzie przez nas zawsze traktowany jak ktos inny - bo tej jego
innosci nie sposob bylo nie dostrzec - ale nigdy jak gorszy. Byl towarzyszem
naszych zabaw, w ktorych zazwyczaj odgrywal role dziadka, i rzeczywiscie,
pamietam z czasow, kiedy jeszcze do kosciola chadzalam, w jakim skupieniu
sluzyl do Mszy sw. Nie pamietam, zeby go ktos wysmiewal czy mu dokuczal.

I, wiecie, mysle sobie czytajac o tych roznych instytucjonalnych frontach
walki z dyskryminacja, ze one sa "zamiast" sad((. Zamiast zwyklego ludzkiego
szacunku dla drugiego. Znacie z moich opowiesci mojego plebana, i wiecie, ze z
natury rzeczy nie moglby sie on ekscytowac roznymi nowomodnymi wymyslami o
wyrownywaniu szans i takich tam. A jednak bez zadnej instytucjonalnej zachety
wpuscil tego Wojtka do prezbiterium, wyuczyl go mnistrantury - po prostu ze
zwyklej ludzkiej zyczliwosci dla drugiego. Bez wielkich slow. Pani Marysia
Grabowska w osiedlowym klubie przyjela Wojtka na zajecia plastyczne z
"normalnymi" uczestnikami, chociaz nie miala wcale zamiaru prowadzic zadnej
terapii dla niepelnosprawnych intelektualnie"...

Pamietam, ze kiedy Wojtek umarl, w lokalnych gazetach zaczely sie pojawiac
nekrologi. I pamietam taka rozmowe, w ktorej ktos powiedzial ze to dobrze, ze
Wojtek urodzil sie ponad pol wieku temu, w swiecie, w ktorym jeszcze nikt nie
walczyl z dyskryminacja niepelnosprawnych. Bo gdyby sie byl mial urodzic
dzisiaj, w tym "lepszym dla niepelnosprawnych" swiecie - to moze by wcale nie
mial szansy przyjsc na swiat?
Obserwuj wątek
    • maadzik3 Re: Wojtek, czyli o "walce z dyskryminacja" 13.11.09, 10:45
      Ismo, pomyslalam czytajac to o starej piosence grupy Pod Buda "Jest na koncu
      swiata taka wies...". Gdyby ludzie byli zyczliwi, pomocni, tolerancyjni nie
      potrzeba byloby walki z dyskryminacja na zadnym froncie. I tak byloby najlepiej.
      I na szczescie takich ludzi jest sporo. Jako walczaca z wlasna depresja ale
      jednak zdeklarowana optymistka gleboko w to wierze. Niestety swiat nie jest az
      tak rozowy jak niektore historie i pamiec podworka z dziecinstwa. Sam autor
      listu pisze ze w tych czasach gdy sie Wojtek urodzil i dorastal wiekszosc ludzi
      chowala swoje uposledzone dzieci przed swiatem. Czy ze wstydu, czy z checi ich
      ochrony przed swiatem, czy z innych powodow? Nie wiem. Ale nie bylo latwo byc
      innym. I wciaz nie jest. Pamietam mezczyzne z klubu wysokogorskiego w Katowicach
      gdzie kilka lat dzialalam. Kiedys byl doskonalym wspinaczem, potem spadl, zlamal
      kregoslup, swiat zapomnial. Wiekszosc jego kolegow byla przekonana chyba ze nie
      zyje. Zyl. W malym mieszkaniu w bloku, bez podjazdu do klatki schodowej (winda
      nawet byla, ale z 20 zewnetrznych stopni stanowilo bariere nie do przebycia. Byl
      starszy ode mnie o ponad pokolenie, wiec sprawe znam glownie z opowiesci. Kiedy
      koledzy odkryli ze zyje i gdzie mieszka nie wychodzil z domu juz od ponad 20
      lat! I urzad miasta i spoldzielnia odmawialy sfinansowania podjazdu i
      specjalistycznego wozka. Wozek kupili koledzy (to byla jeszcze komuna, ale za
      roboty wysokosciowe, czesciowo w Niemczech mozna bylo sporo zarobic), podjazd
      tez wybudowali, pewnie jako samowolke. To ta ludzka zyczliwosc. Ale ten
      wspanialy niegdys wspinacz krzyczal ze strachu gdy go po raz pierwszy zabrali na
      spacer. 20 lat w mieszkaniowym wiezieniu robi swoje. Dzis moglby liczyc na
      wsparcie instytucji panstwowych i fundacji (np. do walki z dyskryminacja).
      Przepisy budowlane wymagaja podjazdow w budynkach, a dobudowanie podjazdu w
      starym bloku nie byloby juz przeszkoda niemal nie do pokonania. Niestety zyjemy
      w zinstytucjonalizowanym swiecie, boleje jako indywidualistka i bardzo
      umiarkowany zwolennik panstwa (nie, nie jestem anarchistka ale zawsze stawiam
      czlowieka ponad organizacja/ panstwem/ ogolem). W takim zinstytucjonalizowanym
      spoleczenstwie potrzeba regul chroniacych instytucjonalnie tych "innych", jacy
      by nie byli. Bo nie zawsze trafia sie na ludzka zyczliwosc, choc dobrze by bylo
      gdyby bylo inaczej. Bo prawo do godnego zycia nie powinno zalezec od tego czy
      spotkamy kogos kto bedzie dobry i szlachetny. Jasne, znacznie lepiej jesli
      instytucjonalizmu jest jak najmniej (o tak, tak, tak!), jesli ludzie robia to co
      powinni, sa wrazliwi i troszcza sie o bliznich. A jak nie? Dobroc ktora do
      ciebie przychodzi w potrzebie jest piekna i wzruszajaca. Apel do dobroci ktora
      nie przyszla moze byc upokarzajacy. Dlatego potrzebujemy tych regul. Nie
      bardziej niz dobrych, odpowiedzialnych, madrych ludzi, znacznie mniej. Ale
      potrzebujemy zeby kazdy taki Wojtek mial szanse a nie tylko ten ktory bedzie
      mial szczescie: do rodzicow, znajomych, ksiedza...
      • isma Re: Wojtek, czyli o "walce z dyskryminacja" 13.11.09, 12:33
        A, ze historie bywaja rozne, to jasne. I to, o czym Wojtek pisze, o tych
        dziesiatkach downowcow pochowanych po domach, to jest jego doswiadczenie z wielu
        lat w ruchu muminkowym. Notabene wlasnie dzieki temu ruchowi ci downowcy zaczeli
        parenascie lat pozniej z domow wychodzic - nie dzieki jakims instytucjonalnym
        rozwiazaniom.
        Ale pewnie nie byloby tego Wojtka B. z ruchu muminkowego, gdyby nie Wojtek O.,
        uposledzony z osiedla. I jeszcze raz napisze - Wojtka O. nie otaczali jacys
        nadzwyczajni ludzie, ani ludzie, ktorzy ze wzgledu na przyjazn z czasow
        "normalnej przeszlosci" uwazali, ze sa mu cos winni. A horyzonty myslowe mojego
        plebana z cala pewnoscia nie przekraczaly granic podworka, i tak mu zostalo wink)).

        Ale ja tu nie pisze o nabytym fizycznym kalectwie, dotykajacym ludzi w kwiecie
        wieku, ktorego skutki mozna pzynajmniej czesciowo zniwelowac za pomoca takich
        czy innych rozwiazan technicznych. Mowie konkretnie o wadzie, ktora dzisiaj jest
        nawet w Polsce legalnym powodem do pozbawienia kogos zycia przed narodzeniem. Bo
        nie moge pozbyc sie mysli, ze te rozne sposoby na poprawienie jakosci zycia (w
        tym przypadku - zycia rodzicow, ktorzy w ten sposob w ogole nie staja przed
        problemami typu, czy ich downowiec bedzie sluzyl do mszy czy bedzie siedzial
        zamkniety w domu...) sa sposobami na bardzo grzaskie skroty.

        Jasne, kazdy ma prawo do godnego zycia. Tylko dlaczego jednym tchem sie mowi o
        prawie do odebrania zycia w ogole?
        • maadzik3 Re: Wojtek, czyli o "walce z dyskryminacja" 13.11.09, 12:58
          No tak, ja sie odnosilam do problemu bycia "innym" i do koniecznosci jednak
          jakos organizowania pomocy dla takich osob a nie puszczania na zywiol. I
          absolutnie uwazam ze fundacje/ organizacje/ ruchy spoleczne/ stowarzyszenia
          nadaja sie tu o niebo lepiej niz panstwo (jak do wiekszosci rzeczy). Ale z kolei
          obowiazkiem panstwa (w moim mniemaniu) jest stworzyc solidne warunki legalne (a
          czasem finansowe) w jakich te osoby czy organizacje niosace pomoc dzialaja. A
          dzialac powinny, zeby nie zostawic czlowieka samego, bo nie dla kazdego skonczy
          sie to tak dobrze jak dla Wojtka O. Zreszta IMHO w ogole zostawienie czlowieka
          samego to rzecz straszna.
          • maadzik3 Re: Wojtek, czyli o "walce z dyskryminacja" 13.11.09, 13:34
            Ismo, a ja mysle ze ta statystyka zahacza o problem z artykulu - o byciu
            czlowiekiem, akceptujacym, pomagajacym, empatycznym, widzacym w innych bliznich,
            innych niz on sam (kazdy jest inny) ale tak samo waznych. Bo powstaje smutne
            pytanie: dlaczego kobiety (rodzice?) nie decyduja sie na urodzenie dziecka z
            zespolem Downa? Latwa odpowiedz brzmi "bo uwazaja ze maja prawo do dziecka
            ladnego, zdrowego i inteligentnego, bo sa absolutnymi hedonistkami, bo
            wazniejszy jest dla nich nowy samochod". Tyle za ja uwazam te odpowiedz za
            nieprawdziwa. Na pewno czesc kobiet nie wyobraza sobie siebie jako matki dziecka
            uposledzonego, rezygnacji z zycia jakie dotad prowadzily (choc mysle ze poniewaz
            nikt dla przyjemnosci aborcji nie dokonuje zawsze jest to decyzja dramatyczna).
            Ale uwazam wciaz ze takich kobiet jest mniejszosc. Wiekszosc (sadzac po tym co
            ja slyszalam w zwierzeniach i co pewnie wiele sposrod nas slyszalo) zadaje sobie
            pytania bardziej dramatyczne niz te o nowe auto, np.: partner mowi ze jak takie
            urodze to odejdzie, ja na pewno strace prace, z czego mam zyc, utrzymac to i ew.
            inne dzieci? Cala rodzina mowi ze nie chca takiego dziecka, zebym usunela, ze co
            ludzie powiedza ze oni takiego wnuka/ dziecka/ siostrzenca sobie nie zycza, tzn.
            ze znikad nie otrzymam wsparcia i jeszcze w dodatku wejde na droge wojny z
            rodzina? Nie utrzymamy rodziny tylko z pensji meza, a sa starsze dzieci? Co
            bedzie z moim dzieckiem jak mnie zabraknie a ono juz nie bedzie dzieckiem a
            doroslym uposledzonym czlowiekiem (to pytanie powtarza sie jak mantra)? Nie chce
            byc skazana na opieke nad nim 24/7 do konca zycia, przyjaciele sie odwroca,
            rodzina nie zaprosi, nikt z nim nie zostanie? Ja wiem, nie wszystkie przypadki
            sa tak dramatyczne. I smiem twierdzic ze tam gdzie kobieta w pierwszym szoku ma
            wsparcie ojca dziecka, swojej rodziny, przyjaciol, kosciola, organizacji, takie
            ludzkie wsparcie: pocieszanie, slowa wsparcia, zapewnienie ze sprobuja
            organizowac rehabilitacje, ze zorganizuja czasem opieke nad dzieckiem zeby mogla
            wyjsc, ze przeciez bedzie inne ale kochane rzadziej decyduja sie na aborcje.
            Podczas gdy (w Polsce przynajmniej) maja szanse uslyszec ze aborcja jest
            grzechem, ze rozwazajac ja sa wyrodne, ale z cieplem i konkretna pomoca to juz
            gorzej. A przeciez one nie zaszly w ciaze zeby ja usuwac! Pytanie wiec ile z
            tych przypadkow aborcji wynika z naszej, jako calego spoleczenstwa, nieczulosci,
            przekonania ze to nie nasz problem, ze "nie bedziemy z podatkow utrzymywac
            mongolow", ze nie zostaniemy kilku godzin z takim dzieckiem bo to straszne albo
            obrzydliwe. Dajemy tym sygnal, ze sami uwazamy (wbrew ustnym deklaracjom) tych
            ludzi za gorszych, za nie do konca godnych troski, milosci, opieki, a ich matki
            za najwyrazniej za cos pokutujace ktorym sie ten los nalezy (bo np. za pozno sie
            na ciaze zdecydowaly i bylo kariery nie robic tylko dzieci rodzic, tak, tak,
            sama slyszalam). Wiec moze na poczatek to we wlasne piersi sie uderzmy i to nie
            za pozwolenie na aborcje ale za brak wsparcia gyd bylo ono potrzebne.
            Dla mnie idealny bylby swiat z w pelni dozwolona aborcja z ktorej nikt by nie
            korzystal, bo nie byloby gwaltow, samotnosci, odrzcenia... Wiem, to nie TEN
            swiat, ale sprobujmy go uczynic troche bardziej TYM (jak autor listu) zamiast
            oburzac sie na te ktore nie sprostaly presji pod jaka nas nigdy (na szczescie)
            nie postawiono.
            • isma Re: Wojtek, czyli o "walce z dyskryminacja" 13.11.09, 13:46
              Ja sie nie podejmuje wypowiadac na temat czyichs konkretnych zyciowych wyborow,
              i zdaje sobie sprawe, ze poszczegolne sytuacje bywaja dramatyczne.

              Niemniej akurat uwazam, ze pewne statystyczne tendencje przecza temu, co
              napisalas. Mamy przeciez coraz wiecej wiedzy, coraz wiecej ulatwien dla
              niepelnosprawnych, coraz wiecej instytucjonalnych form pomocy dla nich. O niebo
              wiecej, niz dziesiec, dwadziescia, trzydziesci lat temu. Coraz mniejszym
              nieszczeciem, w sensie ekonomicznym, jest samotne rodzicielstwo (jak wiemy, bywa
              ono nawet swiadomym wyborem!). Coraz wieksza jest - przynajmniej na pozor,
              obserwujac media, publikacje - spoleczna akceptacja dla niepelnosprawnosci.

              A tymczasem dzieci z Downem rodzi sie coraz mniej. Mimo, ze jest im zyc latwiej
              niz dawniej...
              • maadzik3 Re: Wojtek, czyli o "walce z dyskryminacja" 13.11.09, 13:54
                Alez Ismo, 20 czy 30 lat temu (a do pewnego stopnia pewnie i 10 lat temu)
                rodzice dowiadywali sie o tym ze dziecko ma zespol Downa po porodzie. Wiec
                aborcja z tego powodu po prostu nie istniala (lub byla marginalna). Co nie
                znaczy ze te matki nie zdecydowalyby sie na nia gdyby wiedzialy. Pamietam z lat
                90-ych dramatyczny reportaz o kilkorgu dzieciach ktorych matkom po porodzie
                lekarze komunikowali (w rozny, czasem bardzo brutalny, czasem delikatny sposob)
                ze ich dziecko ma zespol Downa.
                Ja tez nie podejmuje sie powiedziec co w konkretnym wypadku "poeta ma na mysli",
                ale mysle ze presja na to zeby byc "jak inni" jest co najmniej nie mniejsza niz
                kiedys. Doswiadczaja jej bezdzietni (niekoniecznie z wyboru), doswiadczaja jej
                ci bez cisnienia na kariere, doswiadczaja jej niepelnosprawni i ich rodziny.
                Tylko czasem (jak to twoj wybor i mozesz go po prostu bronic) jest latwiej niz
                jak to nieszczescie ktorego nikt nie planowal i nikt go nie wybral.
                  • nati1011 Re: Wojtek, czyli o "walce z dyskryminacja" 13.11.09, 16:09
                    Jeszcze parenaście lat temu rodziny z Holandii i Szwecji
                    przyjeżdżały do Polski i adoptowąły niepełnosprawne dzieci. Na
                    zachodzie poziom opieki nad osobami niepełnosprawnymi to praktycznei
                    bajka w porónaniu z Polską.

                    Nie wiem jak dziś wyglada sprawa adopcji, ale statystyki jak piszę
                    Isma mówią jednoznacznie: te dzieci dziś się nie rodzą. Dodam do
                    tego wieści z Francji, gdzie usuwa sie około 90% ciaży, gdy
                    stwiedzona jest wada serca (w ogromnej wieszości uleczalna i nie
                    obniżająca komfortu zycia dziecka ani rodziców) i wypowiedzi rodzin
                    mających dzieci niepełnosprawne - głównie z Holandii - gdy na ulicy
                    były nagabywane, dlaczego jeszcze z tym "CZYMŚ" (!!!) nie zrobili
                    porządku.

                    Ledwie pół wielu po rocesach norymberskich....

                    Dodam jeszcze wyraźnie, bo wiele osób o tym nie wie, W polsce
                    wystarczy PODEJRZENIE wady dziecka, by dokonac aborcji. A jeżeli
                    lekarze stwiedza poważniejsze nieprawidłowości w budowie dziecka, to
                    kobietę wręcz zmusza sie do tzw terminacji ciaży. To nie kobiety
                    proszą o rozwiązanie problemu, Najcześciej muszą bronić życia
                    swojego dziecka przed sugestiami lekarzy, którzy malują im jak
                    najczarniejszy scenariusz. A najcześciej podejmują decyzję zanim
                    zdążą wyść z szoku, jakim jest diagnoza choroby wyczekiwanego
                    dziecka. I o tym się w Polsce wcale nie mówi...

                    Winni temu jesteśmy wszyscy. CHoć na pewno w róznym stopniu...
                    • isma Re: Wojtek, czyli o "walce z dyskryminacja" 13.11.09, 17:17
                      No, ja mysle ze w Polsce mimo wszystko to jeszcze nie jest z tymi aborcjami
                      spowodowanymi uszkodzeniem plodu tak zle - one w zasadzie powinny wchodzic w
                      pule aborcji legalnych, ktorych liczba jest stosunkowo niewielka. I mysle, ze
                      jednak swoje tu robi przebicie sie przekazu o tym, czym aborcja jest.
                      Natomiast jak sobie czytam te doniesienia zagraniczne, to nei moge sie oprzec
                      mysli, ze jednak zaczyna sie okazywac, iz najskuteczniejszy sposob na
                      podniesienie komfortu zycia niepelnosprawnego to jest go wyslac na tamten swiat...
                      • nati1011 Re: Wojtek, czyli o "walce z dyskryminacja" 13.11.09, 17:43
                        W Polsce na razie nie jest tak źle - odsetek aborcji z powodu wad
                        dzieci jest na szczęście niewielki. Gdzie one wchodza w statystykę
                        to nie wnikam - te późniejsze raczej na pewno jako poronienia. Tak
                        po prostu wygodniej dla obu stron- a prawdy cieżko dociec.

                        Ale za granicą jest już naprawdę dramat sad
                    • mary_ann Re: Wojtek, czyli o "walce z dyskryminacja" 13.11.09, 19:36
                      nati1011 napisała:

                      i wypowiedzi rodzin
                      > mających dzieci niepełnosprawne - głównie z Holandii - gdy na ulicy
                      > były nagabywane, dlaczego jeszcze z tym "CZYMŚ" (!!!) nie zrobili
                      > porządku.
                      >
                      > Ledwie pół wielu po rocesach norymberskich....


                      Nati, skąd masz takie informacje?
    • 11.jula Re: Wojtek, czyli o "walce z dyskryminacja" 13.11.09, 11:20
      Na moim osiedlu mieszkała p.Basia. Samotna matka dorosłej córki.
      Dawno, nie wiem ile lat temu, czas szybko leci, ale chyba z 10,
      przyjęła do siebie, jako do rodziny zastępczej, małego 3/4 -
      letniego chłopca - Kacperka. Ma on dość ciężką postać zespołu Downa.
      To co ona przeszła, to jest nie do uwierzenia. Ile musiała "walk"
      stoczyc z ludźmi. A po co jej takie dziecko, co z tego ma że
      wychowuje Downa, czy ona nie ma nic lepszego do roboty, a przecież
      jest tyle innch NORMALNYCH dzieci, które zasługują na dom, a nie
      takie coś. A, ona ma z tego pieniądze!! Cwana, wzięła mongoła i
      trzepie kasę.....
      Straszne, czy takie dzieci nie mają prawa do szczęścia, rodziny?
      Teraz Kacperek ma chyba ze 14 lat, nie mówi prawie wcale, ale chodzi
      do szkoły i ma kochającą matkę. Dlaczego to innych tak razi.
      • sulla Re: Wojtek, czyli o "walce z dyskryminacja" 13.11.09, 15:33
        No właśnie- dlaczego?
        Wzięła chore dziecko pod opiekę - pewnie ma z tego kasę.
        Nie ma dzieci wcale -pewnie zrezygnowała, żeby robić kasę.
        Wyszła za starszego faceta - pewnie dla kasy.
        Organizuje pomoc dla domu dziecka - pewnie zabiera kasę dla siebie.

        Jak nie wiadomo o co chodzi, to...? To nie wiadomo o co chodzi, a jakże można
        zaakceptować coś, czego się nie rozumie. Więc skoro "ja bym nigdy takiego
        dziecka nie wzięła", to na pewno i inni też nie, na pewno muszą mieć w tym
        ukryty interes. Ciężko jest nam zgodzić się na to, że ktoś jest po prostu inny.
        Inny i tyle.
    • mamalgosia Re: Wojtek, czyli o "walce z dyskryminacja" 13.11.09, 12:23
      Sięgam pamięcią do mojego dzieciństwa. Do naszego brudnego placu
      zabaw, do szkoły, do salek katechetycznych.
      I rzeczywiście.
      Aurelka na wózku była normalnym "elementem" życia. Tak samo Ula,
      która nigdy nie nauczyła się czytać i pisac. Irena, która w ogóle
      była cała "inna".
      Z Aurelką oczywiście nie dało się pobiegać, ale ze mną np nie dało
      się powsieć na trzepaku bo się bałam, a z Wiolą nei dało się
      pośpiewać, bo nie umiała. Normalne.
      Z tym, że u nas nie było tak jak u Bonowicza. Było dokuczanie.
      Wszystkim na równi, ale było, często powodujące łzy. Jednemu że
      głupi, innemu że gruby. Osoby niepełnosprawne nie były z tego
      wyłączone
      • verdana Re: Wojtek, czyli o "walce z dyskryminacja" 13.11.09, 22:12
        Wcale nie bylo tak pieknie.
        Wiekszość niepełnosprawnych dzieci lądowała w domach opieki, lekarze
        radzili, aby jak najszybciej o dziecku zapomnieć, nie odwiedzac (po
        co i tak nie rozumie), i "zrobić sobie" nowe.
        I tak wlasnie robiono.
        Nie mowiac juz o rzeczy okrutnej, ale prawdziwej. Chore i
        niepełnosprawne dzieci zyły krotko. Jeszcze 30-40 lat temu średnia
        życia dziecka z ZD wynosila 14 lat. Nie bylo problemu, co stanie się
        z dzieckiem po smierci rodziców, nie było problemu, jak starzy
        rdzice zajmą się dzieckiem leżącym.
        Na pewno nie byla to idylla.
        • marzek2 Dziecko RB 13.11.09, 22:40
          Jestem wstrząśnięta tą historią -
          wiadomosci.onet.pl/2071958,28350,wiadomosceu.html
          I jej zakończeniem -
          www.polskatimes.pl/stronaglowna/185169,umrze-dziecko-ktore-mogloby-zyc,id,t.html#material_1
          I mam przeróżne myśli, głównie o jakimś beznadziejnym zakłamaniu, z jednej
          strony mówimy, że tak tolerancja, ułatwienia, integracja itp a z drugiej strony
          tak łatwo definiujemy czym jest jakość życia, czym jest godność, szczęście,
          spełnienie...

          Pewnym społeczeństwom, ogarniętym manią bycia pięknym bogatym i zawsze młodym
          niedaleko do Sparty oj niedaleko... Zastanawiam się, czy niedługo (mimo postępu
          medycyny - bo jednak - mimo wszystko, lekarstwa na śmierć raczej się nie
          wynajdzie- fizyczną oczywiście) - nie dojdzie do ustalenia jakieś górnej granicy
          wieku, do której można żyć? Bo potem co? Będzie się obciążało państwo, trzeba
          będzie takiego przewijać, będzie może nieprzyjemnie pachaniał... Po prostu
          będzie! Niezależnie od tego, ile wklepał w siebie kremów antyzmarszczkowych, ile
          operacji plastycznych przeszedł...

          A ja głupia i naiwna myślałam, że na Zachodzie jest lepiej sad I zastanawiam się,
          dla ilu matek wada wzrostu jaką ma mój syn byłaby powodem do aborcji... bo jak
          można być szczęśliwym będąc tak niskim...
        • isma Re: Wojtek, czyli o "walce z dyskryminacja" 13.11.09, 23:01
          Jeszcze raz. Ja nie twierdze, ze dawniej "bylo rozowo". Jakkolwiek, jak widac,
          moglo tak bywac. Twierdze natomiast, i Marzek to bardzo trafnie ujela, ze jest
          jakas hipokryzja w tym, z czym w ostatnich latach jestesmy konfrontowani.

          O ile rozumiem, ze trzydziesci lat temu zycie z dzieckiem z ZD moglo sie jawic
          jak jakas kosmiczna katastrofa, w ktorej znikad pomocy, o tyle dzisiaj juz chyba
          taka sama katastrofa nie jest. A jednak wlasnie teraz mozna - nie, nie "oddac do
          domu opieki", to jeszcze moglabym jakos zrozumiec - zabic.
          • anndelumester Re: Wojtek, czyli o "walce z dyskryminacja" 13.11.09, 23:48
            > O ile rozumiem, ze trzydziesci lat temu zycie z dzieckiem z ZD moglo sie jawic
            > jak jakas kosmiczna katastrofa, w ktorej znikad pomocy, o tyle dzisiaj juz chyb
            > a
            > taka sama katastrofa nie jest.
            To chyba bardzo indywidualne odczucia. Ja bym się nie ośmielała mówić komuś czy
            mu będzie łatwo czy trudno, a już na pewno nie stopniowałabym katastroficzności
            przypadku.
            Natomiast z praktyki rodzinnej - a piszę tu o mixie wad genetycznych, przy
            której ZD jest imo małe miki - i dwadzieścia parę lat temu i teraz jest tak samo
            trudno. Z tym, że teraz jeśli ma się pieniądze i to spore - można sobie
            zorganizować wszystko jako tako prywatnie - od pomocy pielęgniarskiej 5 dni w
            tygodniu 12 h/na 24 h, indywidualnych terapiach i "nauczycielach" - bo
            dziecko/teraz osoba dorosła było i jest na tyle dysfunkcyjne, że do grupy się
            nie bardzo nadaje, przez rehabilitację, wszystkie wizyty, konsultacje lekarskie
            na dentystach kończąc - bo pewnie nie każdy wie , ze stomatologami jest spory
            kłopot - po prostu pacjent bez kontaktu, przestraszony, agresywny, który bardzo
            różnie reaguje na znieczulenie ogólne nie jest mile widziany. Do tego dochodzi
            konieczność normalnego funkcjonowania rodziny - czyli organizacji w miarę
            normalnego życia, opieki podczas jakichkolwiek wyjazdów rodziców, czy
            organizowanie wspólnych wakacji etc..
            Kwestie medyczne to jedno - kwestie odbioru społecznego to druga sprawa i nie
            wiem czy kiedyś było lepiej. Przy takich zniekształceniach anatomicznych,
            nieistotne czy w dużym mieście, czy w małej miejscowości niezdrowa ciekawość
            jest taka sama, strach rówieśników zawsze był taki sam, komentarze pomińmy
            milczeniem.
            O ile tak zwana pomoc społeczna pewnie jako tako w dużych miastach jeszcze
            funkcjonuje, tak na prawdę nie wyobrażam sobie co robią ludzie z miejscowości
            małych, do tego bez własnych środków, zdani tylko na to co jest w puli środków
            darmowych/refundowanych itp.
            • isma Re: Wojtek, czyli o "walce z dyskryminacja" 13.11.09, 23:59
              anndelumester napisała:


              > To chyba bardzo indywidualne odczucia. Ja bym się nie ośmielała mówić komuś czy
              > mu będzie łatwo czy trudno, a już na pewno nie stopniowałabym katastroficzności
              > przypadku.

              Jeszcze raz: nie mowie o "komus", a wrecz expressis verbis napisalam, ze nikogo
              personalnie osadzac nie zamierzam. Mowie natomiast o faktach, obserwowalnych w
              skali makro. Liczbie placowek wspierajacych, mozliwej do uzyskania pomocy
              finansowej, rozwoju medycyny (ktora oczywiscie ZD nie uleczy, ale np. juz rzecz,
              ktora dawniej byla nie do przebycia, czyli leczenie stomatologiczne - do
              przebycia aktualnie jest, zeby sie leczy takim pacjentom hurtem w narkozie).

              A co do odbioru spolecznego, o ktorym piszesz przy oakzji teog innego przypadku,
              to zarowno w odniesieniu do nego, jak i tego juz wielokrotnie wskazanego ZD -
              jeszcze raz pytanie: dlaczegoz to, mimo tak zmasowanych kampanii spolecznych
              (ktorych dawniej nie bylo) ten odbior jest (jesli jest) porownywalnie
              negatywny? Moze dziala jakis nowy czynnik, skutecznie hamujacy tamte dzialania?
              A jesli tak, to jak by go mozna bylo zdefiniowac?
              • anndelumester Re: Wojtek, czyli o "walce z dyskryminacja" 14.11.09, 00:20
                np. juz rzecz
                > ,
                > ktora dawniej byla nie do przebycia, czyli leczenie stomatologiczne - do
                > przebycia aktualnie jest, zeby sie leczy takim pacjentom hurtem w narkozie).
                Jak się zapłaci, to się leczy. Problem w tym, że to nie jest ani łatwe , ani tanie. Oczywiście, jak ktoś jest podstawiony pod ścianą i nie ma pieniędzy, za to ma czas na szukanie ośrodków, w których ten rodzaj zabiegów stomatologicznych jest refundowany i zbieranie kwitów na każda taką hecę, dostosowywanie się do terminów - to może faktycznie powie, ze mu lepiej. Bo nie czeka rok, tylko pół roku. Dla mnie to jest w ogóle total, ale tak jak pisałam wyżej, akurat w tym konkretnym przypadku względny finansowy luz pozwala nie stresować/przejmować się takimi pierdołami.

                Co do odbioru - on nie jest negatywny - agresywny - to nie jest moim zdaniem nic nowego, to są atawizmy, plus nieskrępowana ciekawość, zdziwienie i nieukrywany wstręt.
                Bo ładnie to nie wygląda. A dlaczego dziś - bo 30 lat temu ten przypadek by zmarł w ciągu tygodnia po urodzeniu, a 25 lat temu rodzice mieli możliwość opanowania go w najlepszej placówce w kraju, a potem w szpitalach na Zachodzie, dlatego jest i żyje i można go oglądać. Natomiast przypadek ZD jest na tyle spopularyzowany przez media, książki, seriale, że nie budzi już tego obciachowego zdziwienia - co nie zmienia faktu, i ja się tu w ogóle nie dziwie, że wielu osób świadomie biorących taką odpowiedzialność na siebie się nie znajdzie.
                • nati1011 Re: Wojtek, czyli o "walce z dyskryminacja" 14.11.09, 08:36
                  co nie zmienia faktu, i ja się tu w ogóle nie dziwie, że wielu osób
                  świ
                  > adomie biorących taką odpowiedzialność na siebie się nie znajdzie.
                  >


                  NIe, nie, nie. Rozumiem - jak chyba każdy - że niewiele osób ma w
                  sobie siłę - fizyczną, psychiczną i materialną - by podołac opiece
                  nad cieżko chorym członkiem rodziny. I dotyczy to każdego etapu
                  żcyia - nie tylko prenatalnego. Nie każdy moze sobie pozwolić na
                  rezygnację z pracy zawodowej, a opłącanie opiekunki to w Polsce
                  nadal promil przypadków. I niegy nie ośmieliłąbym sie potępić
                  rodziny, która cieżko chorego oddaje do osrodka opiekuńczego, choćby
                  najgorszego (na prywatny też wielu nie stać). Nie podzielam też
                  oburzenia na rodziców, którzy ciezko chore dziecko zostawiają w
                  szpitalu. Moze poprostu nie dali rady.

                  Ale w żaden sposób nie może to usprawiedliwiać ZABIJANIA chorych.
                  Czy to dzieci, czy dorosłych.

                  polecam ksiażke: EUTANAZJA ŚMIERĆ Z WYBORU - R. Fenigsen. To ksiazka
                  napisana w oparciu o RZĄDOWY raport nt eutanazji w Holandii.
                  Eutanazji, któa staje się narzędziem eugeniki. Sa tam wypowiedzi
                  lekarzy i dane liczbowo-rodzajowe. Przerażajace. Z tego raportu
                  wynika przerażajacy fakt, że nie wszystkie "wadliwe egzemplarze" uda
                  sie wyeliminowac na etapie płodowym. Musi wiec być też narzędzie
                  eliminacji w terminie późniejszym.

                  Pare razy już pisałam, ze jedyną grupą naprawdę dyskryminowana na
                  każdym kroku są niepełnosprawni, zwłaszcza intelektualnie. I nikt w
                  ich obranie nie organizuje marszów, demonstracji, ani nie pisze do
                  Strasburga.
    • nati1011 o rodzicach dzieci z ZD 14.11.09, 08:43

      tak jest w Szczecinie:

      miasta.gazeta.pl/szczecin/1,34959,7250321,Iskierka_nadziei_dla_rodzicow_dzieci_z_downem.html

      po niedzieli postaram sie o link z Gościa Niedzielnego - też pienie
      o rodzinach dotknietych ZD


      na pewno nie łatwo, ale jednak do przodu smile
      • verdana Re: o rodzicach dzieci z ZD 14.11.09, 16:12
        Cóż, świadome urodzenie i świadome zostawienie ciężko chorego,
        czesto cierpiacego dziecka bez szans na adopcję - to jest dla mnie
        okrucieństwo równe usunięciu ciąży. Nic na to nie poradzę, ale w
        moim odczuciu świadoma zgoda na samotność i cierpienie własnego
        dziecka zdecydowanie nie jest moralnie lepsza od sunięcia ciąży.
        • andrzej585858 Re: o rodzicach dzieci z ZD 14.11.09, 17:37
          Moja córka co prawda nie ma ZD i nie jest upośledzona fizycznie ale czasem po
          prostu odchodzi - nikogo nie poznaje - po prostu jest chora. Jednak w momencie
          gdy po raz drugi trzeba było w trybie nagłym przewieżć ją do szpitala szokiem
          było dla mnie pytanie lekarza - czy nie myśleli państwo o oddaniu dziecka do
          domu opieki?

          Nie wiem, może jeszcze za mało wiem i nie jest dla mnie kontakt z chorym
          dzieckiem ąz tak bardzo trudny., ale takie pytanie z ust lekarza po prostu mną
          wstrząsneło. Nie chcę posądzać o jakieś złe intencje - ale dla mnie on już
          zdiagnozował chorobę i stwierdził że nie ma szans na jej , choćby częściowe,
          wyleczenie.

          Córka w tej chwili jest już w piąty miesiąc w szpitalu , w tej chwili w
          Instytucie Psychiatrii w Warszawie i tam są dzieci pozostawione przez rodziców.
          To nie są dzieci tak bardzo kalekie że wymagają nieustannej opieki
          pielęgniarskiej, one są po prostu inne. A nawet na takie dzieci nie starcza
          niektórym rodzicom sił.
          Trudno kogokolwiek osądzać, bardzo nie lubie tego robić, ale chyba rzeczywiście,
          świadoma zgoda na samotność i cierpienie z powodu tej samotności własnego
          dziecka jest moralnie na tym samym poziomie co aborcja.

          Dziecko które stoi pod telefonem i czeka tygodniami że ktoś do niego zadzwoni.
          Nie dziwię się, że na takie oddziały poza rodzicami, nikt nie jest wpuszczany,
          choć może czasem widok takiego dziecka więcej by powiedział niż cokolwiek innego.
          • mamalgosia Re: o rodzicach dzieci z ZD 14.11.09, 18:24
            Nie podjęłabym się porównywania tych czynów. Tak tylko czuję, że
            pozostawienie dziecka - choć okrutne i niosące niewyobrażalny bagaż
            cierpienia - może być jednak poprzedzone jakąś walką. Próbowałem,
            chciałem, ale nie mam siły, nie dałem rady. Aborcja jest brakiem
            zgody nawet na próbę tej walki.
            Z drugiej strony - ktoś może powiedzieć - wiem, że walkę tę bym
            przegrał, jestem słaby. Po co więc dodatkowa ofiara?
            Nie wiem, strasznie trudne sprawysad Boże, nie daj bym kiedykolwiek
            musiała stanąć z nimi twarzą w twarz
            • mary_ann Re: o rodzicach dzieci z ZD 14.11.09, 20:10
              mamalgosia napisała:

              > Nie podjęłabym się porównywania tych czynów. Tak tylko czuję, że
              > pozostawienie dziecka - choć okrutne i niosące niewyobrażalny bagaż
              > cierpienia - może być jednak poprzedzone jakąś walką. Próbowałem,
              > chciałem, ale nie mam siły, nie dałem rady. Aborcja jest brakiem
              > zgody nawet na próbę tej walki.

              Mamałgosiu, ale tu nie chodzi o zdobycie odznaki harcerskiej. Nie o ćwiczenie
              moralne dla rodzica. Bo w takim ujęciu, jak powyżej, paradoksalnie liczy się
              rodzic, a nie dobro dziecko (piszę o "dobru", wchodząc w buty hipotetycznej
              osoby wybierającej między aborcją o urodzeniem dziecka upośledzonego, a nie
              kogoś, dla kogo aborcja nie wchodzi w grę w żadnym wypadku - bo wtedy sprawa
              jest paradoksalnie prosta). Tymczasem, jak sądzę, dla osoby rozważającej aborcję
              stawka jest zbyt wysoka - "urodzę i okaże się, nie dałem rady, a dziecko cierpi"
              - no, i co wtedy?
              Te wybory bywają naprawdę dramatyczne, a osoby, które ich dokonują to
              niekoniecznie rozpasani hedoniści.
              • mary_ann uzupełnienie 14.11.09, 22:04
                Napisałam:
                Te wybory bywają naprawdę dramatyczne, a osoby, które ich dokonują to
                > niekoniecznie rozpasani hedoniści.

                i ta uwaga oczywiście nie była do Ciebie, mamalgosiu, bo Ty, jak wynika z
                Twojego postu, doskonale zdajesz sobie z tego sprawę.
                • mamalgosia Re: uzupełnienie 15.11.09, 11:22
                  no to dobrze. Bo własnie myślałam, że znowu zostałam źle zrozumiana
                  (co się zdarza często i jestem do tego przyzwyczajona - mam jakieś
                  problemy z formułowaniem myśli)
              • berek_76 Re: o rodzicach dzieci z ZD 22.11.09, 09:54
                > Tymczasem, jak sądzę, dla osoby rozważającej aborcję
                > stawka jest zbyt wysoka - "urodzę i okaże się, nie dałem rady, a dziecko
                cierpi" - no, i co wtedy?
                > Te wybory bywają naprawdę dramatyczne, a osoby, które ich dokonują to
                niekoniecznie rozpasani hedoniści.

                Witajcie, zajrzałam tu po baaardzo długiej przerwie. Ten temat przyciągnął moją
                uwagę, bo na co dzień pracuję w szkole, która jest ucieleśnieniem tezy, że
                niepełnosprawnych należy wciągać do społeczeństwa nie poprzez "integrację" i
                "tolerancję", a poprzez bycie człowiekiem i traktowanie ich jak ludzi.

                I zaskoczył mnie ten wątek, bardzo.
                Bo w większości Waszych postów skupiacie się - mówiąc, że nie oceniacie - na
                ocenie rodziców takich dzieci. Od aborcji, poprzez oddawanie od "ośrodków" aż po
                zwykłe uncertain "trzymanie w domu". I wartościujecie - choć delikatnie i w
                rękawiczkach - to rozumiem, tego już nie mogę zrozumieć...
                A tylko w dwóch postach pojawiła się refleksja nad jednym motywem, który w moim
                przekonaniu całkiem często stoi na pierwszym miejscu. Cierpienie dziecka. Z
                podniesionym czołem mówić, że byłby w stanie się z tym zmierzyć, może tylko
                ktoś, kto zna to z doświadczenia. Wszystko inne jest gdybologią.
                Uważam, że warunki życia w dzisiejszym świecie na tyle wspomagają osobę pełną
                dobrej woli, że technicznie coraz łatwiej jest sprawować opiekę na
                niepełnosprawnymi. Ale niewiele można zrobić, aby matka straszliwie cierpiącego
                dziecka łatwiej znosiła jego cierpienie i aby miała przekonanie, że ono cierpi
                mniej. W wielu przypadkach po prostu nie da się nic zrobić. I tyle. Pozostaje
                czekać, kiedy los, Bóg, jak zwał, tak zwał, sam skróci to cierpienie.
                To koszmar, którego nikt przy zdrowych zmysłach nie chce sobie wyobrażać. Ale
                łatwiej jest wyrokować - ja bym nie oddała/nie usunęła/ nie zrobiła tego czy
                tamtego, nie mając przed oczami kogoś, kto cierpi bezgranicznie bez nadziei na
                pomoc, a pod sercem kogoś, kto może będzie cierpiał tak samo.
                O nie, to nie są łatwe decyzje. Ale łatwo o tym zapomnieć, mówiąc i pisząc.
                Trudniej - działając, dzień po dniu.
                I znam wiele osób, które "dziwią się" bezustannie, patrząc z dystansu.
                Te, które na co dzień poznają cierpienie, hands on, zazwyczaj się nie dziwią.
                One rozumieją.
                Mamałgosiu, Mary Ann, dziękuję Wam za wiarę, że nie każdy, kto dokonuje wyboru,
                z którym się nie zgadzamy, robi to ze złych pobudek.

                -----------------------
                Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)

                You've got to kick a little
                • isma Re: o rodzicach dzieci z ZD 22.11.09, 10:07
                  Ale wiesz, akurat to odcinanie sie od tych "rozpasanych hedonistow" (o ktorych
                  tu nikt nie pisal!) to jest klasyczne dorabianie geby.

                  Bo ja np. uwazam - stykajac sie z ciezkimi chorobami, choc akurat nie
                  uposledzeniem umyslowym, od dziecka, na codzien - ze tymi wyborami stosunkowo
                  rzadko powoduje taka klasyczna radosna bezmyslnosc. Wiem, widze - ze glowną
                  przyczyna jest lęk. Ci ludzie, ktorzy najchetniej podjeliby decyzje o eutanazji
                  (bo ja sie akurat z takimi stykalam, i widzialam obawe nie przed cierpieniem,
                  ktore MOZE dotknac - bo przeciez podejmujac decyzje o aborcji przy wykrytym ZD
                  nie wie sie, jak glebokie bedzie uszkodzenie - ale przed cierpieniem realnym,
                  widocznym, mozliwym do zmierzenia) po prostu sie potwornie boja.
                  Wiem, widze, ze im wcale nie jest lekko. I nigdy nie twierdzilam, ze to sa latwe
                  decyzje.

                  Tyle ze... mimo wielu takich spotkan i takich rozmow nadal nie rozumiem, ze taki
                  lęk moze uzasadnic odebranie komus zycia. Tego nie pojmuje, i obawiam sie, ze
                  zadne skrocenie dystansu tego stanu nie zmieni.
                  • berek_76 Re: o rodzicach dzieci z ZD 22.11.09, 15:25
                    Isma - nie rozumieć to każdy ma prawo. Ale bardzo często "nie rozumiem" jest
                    zawoalowanym sposobem powiedzenia "potępiam".
                    Sama zapewne wiesz, jak często.
                    I pozwolę sobie zacytować:
                    "Serce daremnie chce rozumieć, gdzie nie ma nic do rozumienia".
                    Tu nie ma czego rozumieć.
                    Tu trzeba wziąć lusterko i zajrzeć w swoje własne oczy, w poszukiwaniu belki czy
                    czegokolwiek. A oczom bliźniego może na wszelki wypadek dać spokój, żeby
                    wydłubując z nich słomkę, nie wydłubać przy okazji - z dobrej woli, a jakże, z
                    "nierozumienia" tylko - całego oka.
                    Nader często swoim "niezrozumieniem", do którego wszak mamy prawo, swoimi
                    chrześcijańskimi intencjami, wydłubujemy komuś to oko i uważamy, że mamy prawo.
                    Nie sądźcie. Czy jakoś tak to szło.
                    -----------------------
                    Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)

                    You've got to kick a little
                    • isma Re: o rodzicach dzieci z ZD 22.11.09, 17:16
                      Tak i nie. Owszem, czesto w oku blizniego widzimy drzazge, ale belki we wlasnym
                      nie. Owszem, czesto "nie rozumiem" oznacza rowniez "uwazam za zle". Fakt. Tyle
                      tylko, ze istnienie tej prawidlowosci, moim zdaniem, nie oznacza, ze niewlasciwe
                      jest mowienie w ogole o cudzych wyborach - ogolnie - w sposob wartosciujacy. A
                      wlasnie do tego uzywa sie zazwyczaj, jak wytrychu, tego ewangelicznego "nie
                      sadzcie".

                      Ja to rozumiem tak: nikt z nas nie jest bez grzechu. Ale wlasnie caly dowcip z
                      wspolnota Kosciola polega na tym, ze i grzesznik czasem moze grzesznikowi
                      powiedziec: to jest zle. Nie tylko swieci maja prawo nazywac zlo po imieniu.
                      • berek_76 Re: o rodzicach dzieci z ZD 22.11.09, 18:14
                        > Nie tylko swieci maja prawo nazywac zlo po imieniu.
                        Z pewnością. Problem tylko w tym, że ci nieświęci często nazywają imieniem "zło"
                        coś, co nie jest złem tylko czymś, czego nie ogarnia ich rozumienie.

                        -----------------------
                        Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)

                        You've got to kick a little
                        • isma Re: o rodzicach dzieci z ZD 22.11.09, 19:45
                          Dlatego wazne jest, zeby ustalic, o czym sie rozmawia. Ja na przykad sie
                          staralam rozmawiac o tym, czy sa jakies racje, usprawiedliwiajace odbieranie
                          komus zycia przed narodzeniem z powodu mozliwego uposledzenia. No nie da sie
                          ukryc, mysle przy tej okazji, ze odbieranie zycia jest zlem. Ale chcialabym
                          zrozumiec, dlaczego mozna uwazac, ze nim nie jest, albo ze jest "mniejszym zlem".
                          • maadzik3 Re: o rodzicach dzieci z ZD 22.11.09, 20:47
                            Mysle ze dla kogos dla kogo pierwszorzedne znaczenie ma jakosc zycia moze byc
                            mniejszym zlem. Dla kogos kto juz doswiadczyl co znaczy miec ciezko
                            niepelnosprawne dziecko podobnie. Zwlaszcza gdy kwestie religijne nie wchodza w
                            gre. I to wcale nie o wygodnictwo chodzi a np. o piekace wspolczucie, zraniona
                            milosc, bol matki ktora widzac stale nieuniknione cierpienie swojego dziecka nie
                            moze nic zrobic zeby mu przyniesc ulge. ZD jest (jak na aberracje hromosomalna)
                            dosc lagodny. Sa wady genetyczne ktore, po amniopunkcji potwierdzone, oznaczaja
                            zycie krotkie i bardzo bolesne (zespol Edwardsa, zespol kociego krzyku). W
                            takich wypadkach urodzenie dziecka jest niezwykle trudna decyzja
          • wiesia140 Re: o rodzicach dzieci z ZD 14.11.09, 18:29
            Na temat tolerancji to ja też mogę się wypowiedzieć,jak syn w kolejce
            do lekarza dostawał ataku szału i pani doktor , która znała sprawę wpuszczała
            szybciej , chrześcijańskie miłosierdzie aż tryskało z niektórych,
            najśmieszniejsze , że ci ludzie są katolikami.
    • otryt Gdzie nikt nie widzi a prawo nie działa 15.11.09, 00:59
      Niesamowicie ciepłe wspomnienie Wojtka o Wojtku. Wokół siebie obserwuję dziś,
      inne równie ciepłe historie. Jednak przeszłość w mojej pamięci była znacznie
      gorsza. Dokuczanie osobom niepełnosprawnym intelektualnie było na porządku
      dziennym, szczególnie na podwórkach, gdzie dorośli mieli słaby wgląd. Były inne
      miejsca, gdzie gromadziła się młodzież i dzieci, gdzie nie bywali dorośli, gdzie
      dzieciaki pozostawały sam na sam z osobą niepełnosprawną. Ujawniało się
      okrucieństwo, podłość i haniebne czyny wobec osób niepełnosprawnych dokonywane
      przez liderów podwórkowych, większość dzieciaków realizowała pomysły liderów,
      nikt nie potrafił zaprotestować, powiadomić dorosłych. Świat taki sam jak
      opisany przez Goldinga we "Władcy much" lub "Jądrze ciemności" Josepha Conrada.

      Pierwotna dżungla w Kongo, tropikalna wyspa u Goldinga, opuszczona budowa,
      piwnica lub podwórko stanowią przestrzeń, gdzie nikt nie widzi, z dala od oczu
      ludzi, którzy mogliby wpłynąć, interweniować. Wszystko wolno, szczególnie wobec
      kogoś całkowicie bezbronnego, który się nie poskarży. Conrad opisuje, jak
      podczas rejsu parowca po rzece Kongo płynący nim ludzie dla zabawy strzelają do
      ludzi na brzegu jak do kaczek. Marlow - kapitan statku, jest inny. Aby zakończyć
      tę zabawę gwiżdże przeraźliwie statkowym gwizdkiem na parę. Tubylcy uciekają
      wówczas w las. Strzelający wściekli na kapitana, że zepsuł im świetną zabawę.

      Ci sami ludzie, gdy wracają do Europy, są szanowanymi obywatelami, bohaterami,
      kochającymi mężami i ojcami. Te same dzieci, gdy wracają do szkoły są wzorowymi
      uczniami i sympatycznymi dziećmi w swoich domach. Nigdy nie lubiłem podwórka.
      Może dziś żyję w innym świecie, patrzę z innej perspektywy, nie dostrzegam tego,
      co widziałem z dziecięcej perspektywy. Mimo wszystko dzisiejszy świat wydaje mi
      się lepszy niż ten 40 czy 50 lat temu.

      W tym roku dowiedziałem się o historii małego chłopca 6-7 lat, co jemu zrobili
      dorośli. Ni z tego, ni z owego zaczął mówić po 45 latach. Może zatytułuję to:
      "Wspaniałe, wymarzone wakacje".

      Dobranoc
      • marzek2 Re: Gdzie nikt nie widzi a prawo nie działa 15.11.09, 10:05
        No właśnie, to przypomina mi tytuł świetnej książki "KIm jesteś gdy nikt nie
        patrzy" - tak, wtedy wychodzi to co na dnie serca ludzkiego. I myślę sobie, że
        jeśli ktoś nie jest przemieniony od wewnątrz, jeśli nastawienie do ludzi
        niepełnosprawnych, czy po prostu innych nie wypływa z świadomego przekonania,
        będzie tak jak piszesz Otrycie, na zewnątrz polityczna poprawność, a w środku
        jadzik i poczucie władzy nas słabszym, innym...
        • isma Re: Gdzie nikt nie widzi a prawo nie działa 15.11.09, 10:52
          Wlasnie. Tylko ze to przemienianie sie nie dzieje, moim zdaniem, za pomoca
          bilboardow. Ono sie dzieje przez swiadectwo.
          No przeciez Wojtka i moje podworko (ktore do dzis jest naszym wspolnym
          podworkiem, mimo zesmy wlasne domy zalozyli - nieuleczalny patriotyzm lokalny)
          bylo najzwyklejszym osiedlowym podworkiem wsrod blokow z wielkiej plyty (no,
          dobra, powiedzmy, ze spoldzielnia skupiala faktycznie glownie pracownikow
          naukowych) na peryferiach Krakowa.
          Skades sie to dobro bralo, mnozylo.

          Jest jeszcze jeden tekst Wojtka o naszym podworku, ktory tez mi przypomina czasy
          dziecinstwa, a dobrze chyba pokazuje, jak i w dwoch pokojach ze slepa kuchnia
          (ten koci zapach byl nie do zlikwidowania, zostawal na ubraniach pare ladnych
          dni po powrocie od Pani Bogdy) sie moga rodzic rzeczy nadzwyczajne:

          www.tygodnik.com.pl/numer/275820/bonowicz.html
        • otryt Re: Gdzie nikt nie widzi a prawo nie działa 16.11.09, 10:12
          Marzek, dziękuję za tytuł książki, której autorem jest Bill Hybels.
          Opis wygląda zachęcająco.smile)

          "Dajemy z siebie wszystko, gdy ktoś nas ocenia. Ale jacy jesteśmy,
          gdy nikt nie patrzy? To wtedy na jaw wychodzi charakter – bycie
          konsekwentnym nawet wtedy, gdy wydaje się, że jest to bez znaczenia.
          Odwaga. Dyscyplina. Wizja. Wytrwałość. Miłość. Te cechy charakteru
          szybko stają się zagrożone. Zbyt często słyszymy o rozpadających się
          małżeństwach, rządach mijających się z prawdą, oszukujących
          przedsiębiorcach i skandalach wstrząsających kościołem. Ale z Bożym
          prowadzeniem i mocą, możemy budować charakter, który będzie trwał
          pomimo pokus i trudności."


          http://www.wydawnictwoesprit.com.pl/index.php?s=karta&id=22


          Nasz stosunek do najsłabszych, do osób niepełnosprawnych
          intelektualnie, do ludzi starych, chorych, do dzieci, do zwierząt,
          szczególnie wtedy, gdy nikt nie widzi pokazuje tak naprawdę nasze
          wnętrze. Pan Bóg powiedział , że nie złamie trzciny nadłamanej, nie
          zgasi ledwo tlącego się knotka (Iz 42, 1-3), że w sposób szczególny
          wzmacnia i wspiera, to co słabe i kruche. Myślę, że i my tak
          powinniśmy.

Inne wątki na temat:

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka