Nie czuję powołania

31.01.04, 20:19
1. Nigdy nie czułam powołania do małżeństwa. Nie to, żebym jakoś specjalnie
uciekała, czy czekała na księcia z bajki. Prowadziłam żywot wagabundy,
naukowca i osobnika udzielającego się na wielu polach. Przebywałam w
śodowisku męskim, ale żeby wejść w jakiś związek- nie. Potem moje życie
przybrało inny ton, zakochałam się. A potem rozstanie (dlaczego? Powód w
poście o dwuwyznaniowych małżeństwach). Szalenie podobał mi się wzorzec, jaki
obserwowałam w rodzinach arabskich- ogromny szacunek do rodziców, wychowanie
w wierze, poszanowanie tradycji itd. Potem na drodze neok. słyszałam wiele
słów o małżeństwie, dzieciach, rodzinie. Wszystko to układało się w idealny
wręcz obrazek. Czasem tylko dziwiłam się, dlaczego na skrótyniach słyszę
małżonków, którzy twierdzą, że są dla siebie krzyżem. Wyobrażałam sobie, że
jeśli w ogóle wyjdę za mąż-stworzymy przykładną rodzinę, którem spoiwem
będzie Bóg. Minął jakiś czas i stanęłam przed ołtarzem z człowiekiem poznanym
w neo. Jesteśmy 3,5 roku od tamtego dnia, a ja czuję jakieś niespełnienie w
tym powołaniu. Niby wszystko jest poprawne, ale nie ma we mnie fali
szczęścia, jakiejś nieustającej radości. Czuję, że nie spełniam się jako
żona, mało zaradna ze mnie matka. I wcale nie w tym rzecz, że nachodzi mnie
tęsknota za dawnym życiem. Wchodząc w związek małżeński zdawałam sobie
sprawę, że wiele spraw się zmieni (drobny przykład: przedtem wszystkie
pieniądze wydawałam na podróże, nie miałam własnego kąta, telewizora i innych
dóbr mater., po ślubie zaczęliśmy odkładać na mieszkanie), że będzie to
cudowna przygoda. Mam dobrego męża, mamy mieszkanie, Pan Bóg błogosławi nam w
wielu rzeczach, dlaczego więc czuję, że powołanie małżeńskie nie daje mi
totalnej radości?
2. Powołanie do rodzicielstwa. Jeśli jest małżeństwo muszą być dzieci.
Otwarcie na życie to cudowny dar- to moje ideały. Rzeczywistość jednak
skrzeczy: Potwornie boję się ciąży (podczas pierwszej chorowałam), jeszcze
bardziej boję się porodu (pierwszy był koszmarem. Jak wielka była to trauma
świadczy choćby fakt, że dopiero 18 miesięcy po porodzie ponowiliśmy
współżycie. Oczywiście nie stosujemy żadnej antykoncepcji), no i boję się, że
następne dziecko będzie takie, jak nasz pierworodny (od niemowlęctwa problemy
ze snem. Nawet teraz, gdy ma 2 latka budzi się parę razy w nocy, w dzień nie
śpi, wstaję razem z nim codziennie o godz.5!). Czasem myślę, że jeśli drugi
potomek wda się w pierwszego-zejdę z tego świata ze zmęczenia. Ostatnio
podczas rodzinnego przyjęcia mój mąż coś bąknął głośno, że Staś powinien mieć
rodzeństwo. Posypały się na nas gromy:"Mało Wam utrapień z jednym?" Zero
pocieszenia, solidarności. Załamałam się. Oczywiście wiem, że nie można
takich głosów traktować jak wyroczni. Nie mogę nadal zwlekać (wiek już nie
ten...). Do tej pory tak jakoś Duch Św. oświecał mnie w różnych sprawach, a
teraz czuję pustkę. I znowu-podobnie jak w pierwszym przypadku- nie czuję
spontanicznej radości. Chciałabym czuć takie cudowne pragnienie oczekując na
dzidzię, tak jak czułam to czekając na Stasia.
Tyle obawy. Wiem, że zaufanie Bogu-takie prawdziwe i bezgraniczne- zmienia
wszystko. Skoro to wiem, dlaczego czuję lęk? Znów coś szwankuje w
powołaniu...
    • marzek2 Re: Nie czuję powołania 01.02.04, 22:48
      Droga Alino!
      Nie jestem psychologiem, nie jestem też doradcą rodzinnym. Więc pewnie nie
      będzie to profesjonalna porada... ale sprawy małżeństwa, macierzyństwa leżą mi
      na sercu i dlatego odpowiadam. Może chociaż po to, żebyś wiedziała, że ktoś
      przejął się tym, co napisałaś (choć zawsze w weekend jest mniej postów).

      Piszesz:
      Czasem tylko dziwiłam się, dlaczego na skrótyniach słyszę
      > małżonków, którzy twierdzą, że są dla siebie krzyżem. Wyobrażałam sobie, że
      > jeśli w ogóle wyjdę za mąż-stworzymy przykładną rodzinę, którem spoiwem
      > będzie Bóg.

      Przeczytałam kiedyś: szczęślwe małżeństwo to nie dar - to osiągnięcie. Zgadzam
      się z tym. Dlaczego? Bo jest to coś, na co pracujemy całe życie, zmieniając się
      na podobieństwo Boga również w dziedzinie małżeństwa. Dlaczego małżonkowie mogą
      być dla siebie krzyżem? Nie wiem dokładnie co ci ludzie mieli na myśli, ale
      wiem, że często zdarza się, że twój współmałżonek ponieważ zna Cię najlepiej,
      wie też dokładnie co zrobić, żeby Cię najbardziej zranić... Straszne, ale
      niestety prawdziwe. Dokładnie wiemy, gdzie należy wbić igiełki, żeby zabolało...
      Twoje wyobrażenia o małżeństwie też są normalne, każdy chce mieć szczęśliwą
      rodzinę. Ja też kiedyś myślałam, że każde małżeństwo chrześcijan, które jest
      oparte na Bogu, skazane jest na sukces - inaczej być nie może? Niestety,
      widziałam już wiele małżeństw tzw chrześcijańskich, które bynajmniej nie są
      zachęceniem do tego stanu dla innych. Dla mnie przyczyną jest wpływ świata na
      postrzeganie swojej roli w małżeństwie jako żony, męża. Ale to temat na osobny
      wątek, może się pojawi.

      A potem piszesz:
      Minął jakiś czas i stanęłam przed ołtarzem z człowiekiem poznanym
      > w neo. Jesteśmy 3,5 roku od tamtego dnia, a ja czuję jakieś niespełnienie w
      > tym powołaniu. Niby wszystko jest poprawne, ale nie ma we mnie fali
      > szczęścia, jakiejś nieustającej radości. Czuję, że nie spełniam się jako
      > żona, mało zaradna ze mnie matka.

      Szczerze mówiąc uważam, że nigdzie nie jest powiedziane, że mamy trwać w
      cudownym samozadowoleniu ze swoich osiągnięć! Im bardziej uświadamiamy sobie
      swoją niewystarczalność tym bardziej potrzebujemy Boga - i o to chodzi. Poza
      tym, wydaje mi się, że bardzo często piszesz o swoich uczuciach, czuję to, nie
      czuję tego... Wiesz, gdybym ja bazowała w swoim małżeństwie na tym, co czuję,
      przynajmniej w ciągu paru dni w miesiącu chciałabym się rozwieść smile))
      (oczywiście żart). Nie zawsze czuję się cudownie. Nie zawsze czuję się spełniona
      jako mama - częściej chyba czuję się jak ostatni nerwus, leniuch itp.

      I jeszcze:
      Mam dobrego męża, mamy mieszkanie, Pan Bóg błogosławi nam w
      > wielu rzeczach, dlaczego więc czuję, że powołanie małżeńskie nie daje mi
      > totalnej radości?

      Czy wcześniej czułaś tą "totalną radość"? Rozumiem, że Twój post był dłuższy i
      teraz nie napisałaś wszystkiego, więc może dlatego nie wszystko nie jest dla
      mnie zrozumiałe. A jaka jest Twoja relacja z mężem? Czy w porządku, czy czegoś
      Ci brakuje? Czego? Jak musiałoby być, żebyś czuła się spełniona w powołaniu
      małżeńskim?


      I jeszcze dedykacja, mam ten fragment na szafce kuchennej - dla inspiracji
      i przypomnienia gdy czuję się "szaro". Pochodzi z rozważań biblijnych
      O.Chambersa. Może ci w czymś pomoże, mnie czasem przywraca właściwą perspektywę.

      "Nie jesteśmy stworzeni dla szczytów górskich, dla wschodów słońca ani innych
      wspaniałych atrakcji życia - mają to być jedynie chwile inspiracji. Jesteśmy
      stworzeni do doliny i zwyczajnych spraw życia - i to właśnie tutaj mamy
      udowodnić naszą wytrzymałość i siłę. Po każdym okresie uniesienia jesteśmy
      sprowadzeni na dół i postawieni nagle wśród spraw w takiej postaci, jakimi
      naprawdę są - ani piękne, ani poetyckie, ani podniecające. Wysokość szczytu góry
      mierzy się posępną, codzienną harówką w dolinie, ale to właśnie w dolinie mamy
      żyć dla chwały Boga. Naszą prawdziwą wartość dla Boga znajdujemy w miejscu
      uniżeniu - tutaj okazuje się nasza wierność. Gdy jesteś na szczycie góry, możesz
      wierzyć we wszystko, ale co się dzieje, gdy stajesz wobec faktów doliny? Być
      może potrafisz dać świadectwo o swoim uświęceniu, ale co z tą rzeczą, która jest
      poniżeniem dla ciebie teraz? Gdy ostatnio byłeś na szczycie góry z Bogiem,
      widziałeś, że wszelka moc w niebie i na ziemi należy do Jezusa - czy będziesz
      teraz sceptyczny tylko dlatego, że jesteś w dolinie poniżenia?".
      O. Chambers "Tobie, Najwyższy"

      Jeśli chcesz pisz na priv.
      pozdrawiam, marzek


      • alinaw1 Re: Nie czuję powołania 02.02.04, 08:30
        Wielkie dzięki za takie słowa. Muszę je jeszcze na spokojnie przemyśleć i
        przemilczeć, teraz to niemożliwe- dziecko ryczy mi nad głową.
    • praktycznyprzewodnik Re: Nie czuję powołania 02.02.04, 10:00
      Takie ładne ze sobie skopiowałam !
    • isma Re: Nie czuję powołania 03.02.04, 11:12
      Alinka,
      nie bede sie tu rozwodzic (chi, chi), Marzek napisala sporo i madrze baaardzo.
      Z wlasnego doswiadczenia moge dorzucic tylko jedno: bardzo pomaga rozstanie sie
      z postawa szkolnego prymusa, z zalozeniem, ze dazy sie do idealu po to, zeby go
      osiagnac. Od kiedy zalozylam, ze do idealu mozna sie tylko nieustannie zblizac,
      jest mi latwiej. Ty chyba jestes osoba bardzo zasadnicza, i dobrze. Ale to nie
      moze prowadzic do poczucia winy.
      A twoj zyciorys jest mi bilski, bardzo.
      • alinaw1 Re: Nie czuję powołania 03.02.04, 22:24
        Tak, do ideału można się nieustannie zbliżać... Winą za moje poczucie
        niespełnienia obarczam wybujałą wyobraźnię. Owszem, ona cudownie sprawdzała się
        w dziale promocji, ale w życiu małżeńskim mi przeszkadza. Zawsze wyobrażam
        sobie, co powinno być (a właśnie tego nie ma), jak powinien zachować się mój
        mąż (a właśnie robi odwrotnie) itd. Stałam się więźniem własnych oczekiwań i
        ideałów nie dając miejsca toczącemu się życiu. Gnębi mnie ta druga sprawa.
        Proszę, przeczytajcie o tym powołaniu do macierzyństwa. Niby wiem, że powinno
        byc następne dziecko, siedzi we mnie ten ideał pełniejszej (tzn, nie z
        jedynakiem)rodziny, ale do realizacji ideału droga daleka. Jak to pogodzić?
        • mader1 Re: Nie czuję powołania 03.02.04, 22:39
          A moze Ty kochanie jestes baaaardzo zmeczona ? Odpocznij jeszcze chwile i
          pomysl, ze kazde dziecko jest inne smile Marzek - pieknie napisalas !
          Marzena
        • isma Re: Nie czuję powołania 04.02.04, 09:30
          No, co do "pelni" rodziny, wyrazajacej sie w liczbie dzieci, to ja bym sie nie
          upierala (alem tu nieobiektywna, bo sama jedynaczka, z rodziny jak najbardziej
          pelnej...).

          Mysle, ze jesli nie jestes psychicznie na to gotowa, to nie warto sie na
          powiekszenie rodziny decydowac, bo to jest krok, ktorego konsekwencje
          (oczywista, i te pozytywne i te ewentualnie negatywne) bedziesz ponosic przez
          reszte zycia. Teraz naraze sie ortodoksom wink: dla mnie otwarcie na zycie
          oznacza otwarcie na zycie tego konkretnego, pierwszego, drugiego, piatego czy
          siodmego MOJEGO dziecka, a nie jakas abstrakcyjna postawe, do ktorej
          trzeba "rownac".
          Jesli argumentem za tym, zebys na razie poswiecila sie wychowaniu swojego
          JEDYNEGO dziecka, jest to, ze trudno Ci sobie wyobrazic obdzielenie miloscia
          wiekszej liczby dzieci (a nie np. wzglad materialny czy tzw. zwykle
          wygodnictwo) - to wedlug mnie warto "dazenie do idealu" powsciagnac.

          Jesli ma kiedys przyjsc, samo przyjdzie.
    • marzek2 Re: Nie czuję powołania 04.02.04, 12:33
      Co do Twojej postawy wobec dzieci - zgadzam się w dużej mierze z ismą, choć
      (jako jedna z dwóch sióstr) oczywiście uważam, że lepiej mieć więcej dzieci. Ale
      więcej nie oznacza "nieskończenie więcej" ani też "tak szybko jak to tylko
      możliwe". Druga część Twojego postu też w jakiejś mierze opiera się na
      uczuciach, wierz mi, ja po urodzeniu pierwszego dziecka nie chciałam słyszeć o
      drugim (choć tak planowaliśmy wcześniej). Ale w końcu przyszedł czas, dorzałam
      do tego (a może po prostu zebrałam siły) i pojawiło się drugie. Ale jestem
      świadoma tego, że gdyby moja pierwsza córeczka była taka jak druga to trudniej
      na pewno byłoby mi się zdecydować na drugie. I zaręczam Ci, Twoje drugie dziecko
      na pewno NIE będzie takie jak pierwsze, to po prostu niemożliwe (chyba że jesteś
      zwolenniczką klonowania - żartsmile)
      Tak jak pisała isma - nie rób niczego, by do kogoś równać, bo tak wypada itp.
      Żyj swoim życiem oczywiście w oparciu i ustalone dla siebie zasady. Co do
      otwartości na dzieci, mam trochę inne podejście, my planowaliśmy dzieci i
      pojawiły się wtedy, gdy byliśmy na to gotowi. Ale to już inny temat.
      • alinaw1 Re: Nie czuję powołania 04.02.04, 18:30
        Nawet nie wiecie, jak Wasze słowa są dla mnie ważne... nie będzie mnie tu cały
        tydzień (zostawiam synka i męża pod opieką Opatrzności,trochę mam tremę- bo
        mały nigdy jeszcze tak długo nie był bez mamy), ale mąż stwierdził, że przyda
        mi się "odwyk"...
Pełna wersja