Nie wiem jak zatytułować ten wątek?

30.12.09, 09:16
Ostatni w niedzielę, słuchając kazania, zastanowiła mnie jedna rzecz. Wiele
było mowy o powołaniu do życia w rodzinie lub życia zakonnego. Wiele o
dzieciach, dojrzałości...i tak się zastanawiam, czy w kościele jest miejsce
dla osób samotnych i małżeństw bezdzietnych?
Nie dosłownie o to pytam, bo wiem, że dla każdego jest, ale mam wrażenie że
jedyna wartościowa droga to małżeństwo, dzieci rodzina. Zgadzam się
ale....nigdy nie słyszałam ani nie trafiłam na wypowiedzi dotyczące tego, że
małżeństwa bezdzietne lub osoby samotne też mogą się realizować, że mogą być
wartościowe dla kościoła. Może za mało czytam i słucham, proszę mnie poprawić.

Nie chciałabym zostać źle zrozumiana.Chodzi mi o to, że jeśli czytam o
małżeństwach bezdzietnych to wiele jest świadectw: że wszystko jest możliwe,
że modlitwa, że cud- w porządku. Ale jeśli cudu nie ma, życie toczy się
dalej...może takie małżeństwo ma inną drogę?

W kazaniu mówiono o tym aby tak wychowywać dzieci aby w chwili spotkania
drugiej osoby były gotowe powiedzieć "tak", zawrzeć małżeństwo, wziąć
odpowiedzialność. Jeśli ktoś jednak jest sam nie dlatego, że mu się nie chce
rodzić dzieci, to może taka jego droga?

Zastanawiam się czy takie osoby, małżeństwa nie są ignorowane, pomijane...nie
zauważa się ich indywidualności, nie pisze się o nich, nie mówi, nie podaje za
przykład. Mam wrażenie, że dla kościoła wartościowa jest rodzina lub osoba
duchowna. Za nich i o nich się modlimy. Nie wydaje mi się to najlepsze ale
może mam mylne odczucia?

Słyszałam kiedyś, że na misjach brakuje osób świeckich- tzw single mogliby tam
się świetne sprawdzić, małżeństwa bez zobowiązań...to tylko taki przykład, ale
mam wrażenie, że w ogóle się ich aktywności nie propaguje. Aktywności w innym
kierunku niż szukanie współmałżonka lub starania o dzieci. Też macie takie
wrażenie? A może to zupełnie nie potrzebne?
    • mama_kasia Re: Nie wiem jak zatytułować ten wątek? 30.12.09, 10:13
      Nie potrafię odnieść się do ogółu, a sama spotkałam
      księży, którzy mówili o tzw. życiu służebnym osób świeckich.
      Tak właśnie jak opisujesz smile I takie osoby znam. Są to osoby, które
      rozeznały, że takie właśnie jest ich powołanie.
      Słyszałam też o tym na rekolekcjach parafialnych.

      • mamaanieli Re: Nie wiem jak zatytułować ten wątek? 30.12.09, 10:21

        temat dopiero niestety w KK się pojawia. a szkoda, bo temat - rzeka,
        a singli różnego rodzaju jest w Kościele ok 5 mln. kompletnie
        niezagospodarowani, marginalizowani, pomijani. powoli powstaja
        wspólnoty, powoli na niezamęznych (szczególnie kobiety) przestaje
        sie patrzec jak na dziwolągi, którym nalezy współczuc i sie za nich
        modlic. powoooli.
        • kim5 Re: Nie wiem jak zatytułować ten wątek? 30.12.09, 10:59
          Kiedyś była taka rozmowa u nas.
          Zgadzam się niestety, że nie można w Kościele chcieć wyjść za mąż i
          nie chcieć mieć dzieci. Jedyna opcja to nie móc.
          • ula27121 Re: Nie wiem jak zatytułować ten wątek? 30.12.09, 11:07
            kim5 napisała:

            > Zgadzam się niestety, że nie można w Kościele chcieć wyjść za mąż i
            > nie chcieć mieć dzieci. Jedyna opcja to nie móc.

            Tak, tak. To niepodważalne. Jeśli mówię o osobach nie będących w związku to też
            nie takich co z założenia nie chcą, ale o takich co są otwarci jednak nikogo (
            jeszcze?) nie spotkali.
    • 11.jula Re: Nie wiem jak zatytułować ten wątek? 30.12.09, 11:05
      Tak Ulu, ja to zauważam zwłaszcza podczas rekolekcji wielkopostnych,
      kiedy jest nauka stanowa dla kobiet i mężczyzn, ale zawsze porusza
      się tematy małżeństwa, rodziny, dzieci. Nikt z moich samotnych
      znajomych, czy to jeszcze stanu panieńskiego czy wdowieńskiego nie
      chodzi na nauki. Podczas niedzielnych kazań też mało się mówi o
      drodze życiowej innej niż małżeńska. Podobno dzisiejsza rodzina
      przechodzi kryzys, małżeństwa są niemodne, dzieci też, jak juz to
      jedno, może dlatego.
      • ula27121 Re: Nie wiem jak zatytułować ten wątek? 30.12.09, 11:14
        11.jula napisała:

        Podobno dzisiejsza rodzina
        > przechodzi kryzys, małżeństwa są niemodne, dzieci też, jak juz to
        > jedno, może dlatego.

        Możliwe...tylko, że podejrzewam że tych rodzin w kryzysie we mszy uczestniczy
        niewiele. To też zawsze jakoś mnie uderzało, że mówi się dużo o innych, o tych
        którzy do kościoła nie chodzą, o tych którzy się przez to rozpadają....Nasz
        ksiądz często napomina do uczestnictwa we mszy niedzielnej, ale słyszą to te
        osoby, które na tej mszy są. Zdaję sobie jednak sprawę, że wszystko zależy od
        środowiska, od parafii no i ode mnie, od tego jak słucham.
    • ruda110 Re: Nie wiem jak zatytułować ten wątek? 30.12.09, 12:08
      Przyznam, ze ja również czuję się w KK nieswojo. Nie jestem samotna,
      mam męża i córeczkę, dwie córeczki, jedna w Niebie. No właśnie.
      Kiedy urodziła się nasza druga córcia okazało się, że jest
      nieuleczlnie chora, a my z mężem jesteśmy jej nosiecielami. Ryzyko,
      że kolejne Maleństwo będzie chore wynosi 25%. Wiem, że powinniśmy
      być otwarci na życie, oddać się Panu Bogu i Jego woli, ale nie
      potrafimy. Przez rok byliśmy przy Małym ciałku, które cierpiało w
      każdej minucie życia, poddawane było bolesnym zabiegom - tego się
      nie da opowiedzieć. Nie ma mojej wewnętrznej zgody na powtórzenie
      tych doświadczeń, w wyniku których cierpiała także starsza córeczka,
      która w rezultacie nie miała rodziców (ciągły szpital). Boję się
      tego strasznie i czuję się jak wyrzutek.
      • sulla Re: Nie wiem jak zatytułować ten wątek? 30.12.09, 13:11
        Nasz pastor kiedyś w rozmowie indywidualnej powiedział mi tak - nie jest istotne
        czy masz lub nie masz dzieci, ale dlaczego je masz lub ich nie masz. Bóg to wie
        i widzi, a Ty musisz zastanowić się w swoim sumieniu - dlaczego chcesz lub nie
        chcesz mieć dzieci.
        Ja nie wiem, Ruda, czy Ty "powinnaś być otwarta na życie". Czy Ty powinnaś
        ryzykować z kolejnym dzieckiem. Ale wierzę, że Bóg zna nas lepiej niż my sami,
        zna Twoje serce i Twoje lęki. I - tak oczywiście ja sadzę - nie oczekuje od
        Ciebie niczego, co miałoby być dla Ciebie zbyt trudne.
        • sion2 Re: Nie wiem jak zatytułować ten wątek? 30.12.09, 15:37
          Ja mysle że to nie jest generalna zasada że Bóg nie oczekuje czegos co jest
          dla nas za trudne. NIe piszę tutaj o konbkretnej sytuacji poczęcia kolejnego
          dziecka nieuleczalnie chorego,ale tak ogólnie. Że można powiedziec także że
          jestesmy wezwani do przekraczana siebie, liczenia na Bożą moc, ba! do oddawania
          życia za Chrystusa - wszyscy bez wyjątku. Wiec za tym musi sie kryc obietnica
          łaski Bożej która wszystko czyni znosnym.
          U mnie teraz w rodzinie umiera pewien czlowiek, starszy ale zawsze byl w pelni
          sil,zwiedził pół swiata. Zaczał mnie zawroty głowy. Po miesiacach męczarni
          zdiagnozowano bardzo rzadka chorobe, w Polsce tylko 3 osoby maja ją
          zdiagnozowana. Wujek władał jezykami obcymi, cale zycie aktywne, w rozjazdach.
          Teraz lezy sparalizowany, nie moze sam głowy obrócic, nie moze mówic, krzyczy.
          Ostatanie dziesieciolecia bardzo udzielal sie religijnie razem z żona. Teraz
          pomaga im niemal pół parafii, wożą, robią zakupy, przychodza, pomagaja. Ciocia
          placze jak sie dzwoni. I ciagle mówi że tak doswiadcza Boga, że jest tuz tuz,
          blisko, na wyciagniecie reki. A jakby jej ktos 3 lata temu powiedzial że bedzie
          dzien i noc czuwala nad umierajacym mężem,umierajacym w męczarniach - nie
          uwierzyłaby że to mozliwe,że da rade.

          NIe odnosze sie tu do sytuacji choroby dziecka ale po prostu - uwazam że czesto
          Bóg wymahga od nas czegos ponad nasze sily ale po to aby po tę moc siegnac do
          NIego. Inaczej nie byloby wzrostu wiary i rozwoju duchowego.
          • isma Re: Nie wiem jak zatytułować ten wątek? 30.12.09, 16:10
            Jasne. Niemniej ja sie jednak bede upierac, ze jest spora roznica miedzy
            zaakceptowaniem tego, czym czlowiek w sposob niezalezny od swojej woli zostal
            doswiadczony, a sytuacja, w ktorej trzeba podejmowac decyzje, ktorych
            konsekwencje moga byc bardzo powazne (i dotykajace nie tylko tego, kto zadecydowal).

            Jesli cos spada na czlowieka bez mozliwosci wyboru, to mozna tylko powiedziec
            "widocznie taka byla wola Boza" i jakos sie mierzyc z tym, co jest. A jak sie
            samemu jakies ryzyko podjelo, to wcale nie wiadomo, czy taka wlasnie wola Boza
            byla...
            • sion2 Re: Nie wiem jak zatytułować ten wątek? 30.12.09, 19:32
              Tak Ismo, zgadzam sie. Odnioslam sie tylko do tego że nie mozna, moim zdaniem,
              uwazac że Bóg daje nam tylko cos na nasza miarę - często daje ponad siły bo chce
              dać więcej łaski. I mysle że swiadomosc tego daje nadzieję jednak, bo nie
              jestesmy sami w zadnym doswiadczeniu. Wiele z nich jest na miare... Chrystusa a
              nie grzesznika ale w ten sposób stanowi wołanie Boga "dąż do zjednoczenia ze Mną
              a dam ci wszystko".
              • sulla Re: Nie wiem jak zatytułować ten wątek? 30.12.09, 20:43
                Odnioslam sie tylko do tego że nie można, moim zdaniem,
                > uwazac że Bóg daje nam tylko cos na nasza miarę - często daje ponad siły bo
                chce dać więcej łaski.

                Ja ogólnie się nie czuję w mocy twierdzić, co Bóg ma na myśli - bo co ja mogę o
                tym wiedzieć? Ale ja to interpretuję tak, że jeśli - tak jak w opisanej przez
                Ciebie sytuacji - myślałam, ze nie dam rady, ale dałam, to to nie było ponad
                moje siły, ja tylko nie wiedziałąm, zę mam w sobie tyle siły. W tym sensie Bóg
                nie daje nam ciężarów, których nie jesteśmy w stanie unieść - On wie, że
                jesteśmy, nawet jesli my nie wiemy. Natomiast akurat w sytuacji, w jakiej jest
                Ruda - zgadzam się z Ismą.

      • 11.jula Re: Nie wiem jak zatytułować ten wątek? 30.12.09, 14:29
        Ruda, jesteś otwarta na życie, ale z ważnych, uzasadnionych powodów,
        nie dla własnej wygody i egoizmu, rezygnujesz z poczęcia
    • sulla Re: Nie wiem jak zatytułować ten wątek? 30.12.09, 13:15
      Ja sobie myślę tak - wypełnieniem Bożej woli na tym świecie jest miłość. Tak ja
      to rozumiem. Z miłości biorą się wszystkie przykazania i z miłości chęć ich
      przestrzegania.
      A miłość nie ogranicza się tylko do małżeństwa, rodzicielstwa i kapłaństwa.
      Można żyć w małżeństwie bez miłości. Można mieć ośmioro dzieci bez miłości. A
      można całe życie spędzić jako singiel albo bezdzietne małżeństwo, ale w pełni
      miłości do Boga i do innych ludzi, niosąc wokół dobro i pomagając innym.

      Dla mnie otwartość na życie to otwartość na drugiego człowieka, nie tylko na
      dziecko. To otwartość na życie we wszystkich jego przejawach.
      • ruda110 Re: Nie wiem jak zatytułować ten wątek? 30.12.09, 14:33
        Dzisiaj wiem, że nie mogę zrobić nic wbrew temu co czuję, mogę się
        modlić o łaskę poznania woli Bożej i odwagę jej przyjęcia, ale
        niewielu księży to rozumie. Na tym etapie, na którym jestem nie
        zalezy mi chyba na ich zrozumieniu, ale cięzko mi przystepować do
        spowiedzi, bo zapytana o kwestię dzieci jestem pouczana co powinnam
        robić. Mam ogromny szacunek do kapłanów, ale w tej kwestii jestem
        pewna, że nie wiedzą o czym mówią. To bardzo delikatne i intymne
        sprawy, a wielu z nich mówi ma być tak i tak jakby mnie w ogóle nie
        było, moich uczuć, emocji, lęku, niepewności. Jedni mówią, że
        grzeszę unikając zajścia w ciążę inni, że w tej sytuacji jest to
        uzasadnione. Wiem, że Bóg zna mnie lepiej niż ktokolwiek inny i
        oddam to Jemu, tą moją niemoc w zawierzeniu także.
    • magdalaena1977 Re: Nie wiem jak zatytułować ten wątek? 30.12.09, 22:38
      Ja już wielokrotnie pisałam, że w Kościele w zasadzie nie ma miejsca dla singli.
      Przynajmniej w wieku, kiedy na oazę jest już za późno a na kółko różańcowe
      jeszcze za wcześnie wink
      Nie ma żadnych wspólnot nakierowanych na osoby w takim wieku. Samotni (nie z
      wyboru) nie istnieją w nauczaniu, ich przypadek w ogóle nie jest rozpatrywany.
      Zresztą nawet w poprzednim wątku dotyczącym listu na zeszłą niedzielę
      (odpowiedzialność rodziców), pisałam, że zabrakło mi uwzględnienia opcji, kiedy
      nie udaje się znaleźć partnera, który spełniałby wyśrubowane moralne standardy.

      A tak zupełnie prywatnie - szczególnie jest mi przykro, kiedy w naszym kościele
      są modlitwy o dar macierzyństwa, o dziecko i tę "ofertę duszpasterską" kieruje
      się tylko do małżeństw.
    • melapela2 Re: Nie wiem jak zatytułować ten wątek? 30.12.09, 23:31
      Masz dobre odczucia.
      Kościół interesuje się wyłącznie dziećmi, młodzieżą, studentami, a potem (jeśli
      już) to rodzinami. Wszystkie nauki, kazania, wspólnoty są przewidziane dla tych
      grup. Dla samotnych dorosłych nie ma w zasadzie niczego (nie każdy odnajdzie się
      w Neo lub Odnowie).


      • ula27121 Re: Nie wiem jak zatytułować ten wątek? 31.12.09, 08:25
        O widzisz, bo właśnie miałam pisać Magdalenie , że w Neo sporo młodych ludzi ale
        racja, to specyficzne miejsce. Nie każdemu może pasować.
    • isma O powolaniu, samotnosci i innych 31.12.09, 12:56
      Ja mysle, ze rzecz jest warta glebszej refleksji. Nie tylko nad miejscem
      niezonatych/niezameznych w Kosciele zreszta.

      Wiec tak. Co do kazania ubiegloniedzielnego, to bym sie o tyle nie czepiala
      tego, ze mowa byla o rodzinach, ize Sw. Rodziny akurat wypadlo, wiec tematyka ze
      wszech miar uzasadniona.
      Natomiast istotnie, mozna odniesc wrazenie, ze w takim powszednim gloszeniu,
      Kosciol dostrzega dla czlowieka tylko powolanie do kaplanstwa/zycia
      konsekrowanego albo malzenstwa. Tertium non datur, cala reszta to sa ci, ktorym
      sie cos w zyciu nie udalo albo czegos nie dopelnili, chrzescijanie drugiej
      kategorii.

      Sa oczywiscie pewne argumenty za tym, zeby szczegolnie podkreslac sposob, w jaki
      Pan Bog obdarza czlowieka łaską w kaplanstwie czy malżenstwie - no bo to
      sakramenty sa, a zatem miejsce takiego szczegolnego udzielania sie Pana Boga
      czlowiekowi (z tym, ze juz wyboru zycia zakonnego sie to nie tyczy przeciez!).
      Ale - i tu jest MSZ spore zaniedbanie w tym, co sie w Kosciele na codzien mowi,
      i nawet podejrzewam, skad owo zaniebdanie wynika ;-((( - jest przeciez tak, ze
      tym, co czyni czlowieka chrzescijaninem, jest chrzest. To jest zrodlo powolania
      i fundament zycia chrzescijanskiego. Wlaczeni w Kosciol Chrystusowy przez
      chrzest i umacniani przez Eucharystie mamy pelnie uczestnictwa w jego zyciu. A
      nie przez kaplanstwo czy malzenstwo.

      No i teraz o tych singlach. Ja o tyle nie lubie tego okreslenia, ze ono ewokuje
      jakies takie "bycie osobno", odseparowanie, egotyzm. Wiec nie singel, ale po
      prostu: panna czy kawaler, wdowa czy wdowiec, a wreszcie (tak, tak!)
      rozwiedziona/y (zauwacie, ze sa wprawdzie duszpasterstwa dla par
      niesakramentalnych, ale praktycznie nie ma duszpasterstw dla porzuconych...).

      Nouwen rozroznial "samotnosc" (solitude) od "osamotnienia" (loneliness).
      Osamotnienie jest dramatem - samotnosc moze byc szansa. I otoz w sakramentalnym
      spotkaniu z Chrystusem "ja" takiego samotnego zostaje wlaczone w relacje z "Ty"
      - Bogiem, a dzieki temu uzdolnione do relacji z kazdym innym "ty" - bliznim.
      Taki samotny tez jest powolany do istnienia na sposob komunijny, do nawiazywania
      glebokich wiezi z ludzmi, do sluzby dla nich.

      Najlatwiej chyba na przykladzie. Otoz mnie sie zdarzylo obserwowac w hospicjum
      wdowy po naszych podopiecznych. One zazwyczaj u nas zostaja, i sluza, jak umieja
      (nie wszystkie bezposrednio przy chorych, bo czasem wiek i sily im na to nie
      pozwalaja). I otoz one
      pozostajac samotne w najglebszym egzystencjalnym sensie – nie dzielac już
      swojego zycia z nikim na rowne połowy, jednoczesnie nie byly osamotnione.
      Doswiadczenie malzenstwa dało im praktyczna umiejetnosc budowania wiezi – a
      wdowienstwo, przyjęte z wewnetrzna zgoda, niezasklepione na rozpamiętywaniu
      przeszlosci (ale też nienastawione na szukanie jakieś przyszłosci, ktora mialaby
      być kolejnym rozdzialem, kopia utraconego), pozwolilo im odnalezc w sobie
      zdolnosc podjecia nowej, zupełnie nieoczekiwanej odpowiedzialnosci za drugiego
      człowieka. Bezinteresownej sluzby, ktora nie domaga się wzajemnosci.
      Te hospicyjne wdowy byly dla mnie zawsze najbardziej wymownymi swiadkami
      zmartwychwstania. One nie szukały umarlych. Słuzyly zywym.

      W przeszlosci Kosciola ta sluzba byla moze latwiej zauwazalna (bardziej
      doceniana?), i miala swoj wymiar instytucjonalny - diakonat. Nie wiem, czy on
      jest potrzebny. Ale na pewno potrzebne jest mowienie, ze podstawowym powolaniem
      czlowieka jest komunia z Synem Bozym, ktory stal sie czlowiekiem, a przez to -
      komunia z innymi ludzmi. Potrzebne jest mowienie, ze ta tozsamosc, praktykowana
      rowniez w takim stanie zycia, ktory nie jest ani stanem kaplanskim, ani stanem
      malzenskim, moze byc przezywana owocnie, i potrzebne jest wspieranie takiego
      zycia.
      • melapela2 Re: O powolaniu, samotnosci i innych 31.12.09, 23:18
        zauwacie, ze sa wprawdzie duszpasterstwa dla par
        > niesakramentalnych, ale praktycznie nie ma duszpasterstw dla porzuconych...)

        To mnie też zawsze boli, że w Kościele bardziej się dba o tych żyjących w
        grzechu i chcących w nim żyć, niż o tych którym się życie nie ułożyło i nie
        spotkali swojej drugiej połowy.
        • isma Re: O powolaniu, samotnosci i innych 01.01.10, 15:30
          E, wieksza troska duszpasterska o tych, ktorzy znajduja sie w sytuacji
          obiektywnie grzesznej, to akurat mnie nie dziwi jakos specjalnie - Pana Jezus
          mawial, ze nie potrzebuja lekarza zdrowi, tylko ci, co sie zle maja. No wiec
          niesakramentalni potrzebuja na pewno.

          Natomiast samotni, w sensie niezamezni/niezonaci zasadniczo sa zdrowi, tzn. sa
          pelnoprawnymi czlonkami Kosciola, tylko trzeba by to wyraznie mowic, tyle.
          • ula27121 Re: O powolaniu, samotnosci i innych 01.01.10, 16:54
            isma napisała:

            > E, wieksza troska duszpasterska o tych, ktorzy znajduja sie w sytuacji
            > obiektywnie grzesznej, to akurat mnie nie dziwi jakos specjalnie - Pana Jezus
            > mawial, ze nie potrzebuja lekarza zdrowi, tylko ci, co sie zle maja.

            I tym sobie pewne rzeczy tłumaczę ale ....profilaktyka jest równie ważna jak
            leczenie.
Pełna wersja