sulla
20.01.10, 10:04
Jestem protestantką i nie obowiązuje mnie zakaz stosowania sztucznej
antykoncepcji, niemniej nie stosuję jej hurra-optymistycznie i rozważam jej
wpływ na nasze życie, nie tylko na zdrowie. I ostatnio na bazie innych
rozważań pojawiła mi się taka refleksja, że kontrolowanie płodności (nie tylko
sztuczna antykoncepcja, ale też NPR) może (choć nie musi) mieć pewien skutek
uboczny, który byłabym skłonna uznać za niepożądany i niebezpieczny.
Zainspirował wątek o Sterniku i pojawiający się tam motyw sprzężenia
możliwości czasowo-finasowych i kierowania się w życiu wartościami. (z góry
uprzedzam, że jest to moja własna refleksja, a nie zarzut pod czyimkolwiek
adresem).
Otóż odkąd możemy w sposób dość przewidywalny i skuteczny kontrolować naszą
płodność, dzieci w naszym życiu nie są „po prostu”, ale są chciane i
planowane. I to bardzo dobrze moim zdaniem. Ale tu pojawia się czasem pokusa,
żeby takie chciane i planowane dziecko przestać traktować jak naszego
naturalnego towarzysza, nad którym powierzono nam pieczę na pewien okres jego
życia, a zacząć traktować je jak inwestycję. Taka „inwestycja” wymaga
oczywiście nakładów finansowych. Musi mieć zapewnione nie tylko optymalne,
ale wręcz doskonałe warunki. Musi mieć tatę zarabiającego tyle, żeby mama
mogła nie pracować do trzeciego roku życia dziecka. Musi mieć mamę zarabiającą
tyle, żeby po powrocie do pracy mogła razem z tatą zapewnić drogie, prywatne
przedszkole, a potem szkołę. Musi mieć z góry opłacone studia, możliwość
wyjazdów za granicę, najlepiej też fundusz, z którego po studiach kupi sobie
swoje pierwsze mieszkanie. Jeśli tego wszystkiego nie ma, inwestycja okazuje
się nieudana, a rodzice okazują się złymi inwestorami, którym „nie zależy na
dobru dziecka”.
Przyznam, że to jest właśnie mój problem. Sama się czasem zastanawiam, czy
jestem dobrym rodzicem, skoro musiałam szybko wrócić do pracy, skoro nie mogę
zapewnić mojemu dziecku prywatnej edukacji, skoro nie stać mnie na dwa
tygodnie nad morzem w wakacje. Myślę czasem, ze może podjęłam egoistyczną
decyzję, skoro chciałam mieć dziecko, a teraz nie mogę mu zapewnić
wszystkiego, co najlepsze. A przecież tak łatwo mogłam go nie mieć,
wystarczyłaby „gumka”.
I gdzieś w tym wszystkim gubi mi się Boży plan, zapominam, że nie ja rządzę
tym światem, nie ja ustalam reguły, i że Bóg kocha tak samo wszystkich, bez
względu na zawartość portfela. I że nie my mamy władzę nad życiem, nawet,
jeśli możemy do pewnego stopnia mieć na nie wpływ i namiastkę kontroli w
postaci antykoncepcji sztucznej czy naturalnej.