a bliźniego swego.....

30.06.04, 10:33
no własnie...
Jak to jest?
Mnie nie zawsze wychodzi, a szczerze mówiąc średnio często.
I co najgorsze, w niektórych przypadkach nie zauważam potrzeby miłowania tego
i owego bliźniego, bo go ledwie toleruje wink
Trudna sprawa, a chyba jeszcze trudniejsza dla tych, którzy deklarują swoją
wiarę i zaangażowanie religijne.
    • mika74 Re: a bliźniego swego..... 30.06.04, 11:24
      anndelumester napisała:

      > no własnie...
      > Jak to jest?
      > Mnie nie zawsze wychodzi, a szczerze mówiąc średnio często.
      > I co najgorsze, w niektórych przypadkach nie zauważam potrzeby miłowania tego
      > i owego bliźniego, bo go ledwie toleruje wink
      > Trudna sprawa, a chyba jeszcze trudniejsza dla tych, którzy deklarują swoją
      > wiarę i zaangażowanie religijne.

      Czy trudniejsza dla wierzących? Chyba łatwiejsza.
      Rzeczywiście miłośc to rzecz trudna, co chyba kazdy potwierdzi,a do tzw.
      nieprzyjaciól jeszcze trudniejsza.
      Miłośc to nie uczucie ,to nie zmysłowośc. Uczucie i zmysłowośc towarzysza
      miłości do naszych bliskich i bradzo fajnie, bo z nimi mamy sie wiązać i iśc
      przez zycie.
      Ale miłośc to przede wszytskim zrozumienie dla drugiego człowieka,
      wspólczucie , szacunek , kierowanie sie dobrem w stosunku do niego, to
      konkretne czyny: pomocy, troski, akceptacji. Tak więc miłośc polega na
      nieodpłacaniu złem za zło, nie zlorzeczeniu, nie mszczeniu sie ,zyczeniu dobra
      i udzielniu pomocy każdemu, nawet takimu,który mnie krzywdzi.Miłośc to
      solidarnośc z drugim człowiekiem, wyrozumiałośc dla czymichs błedów(bo ja tez
      je robię) i przebaczanie za każdym razem.
      Dla mnie tez jest to bardzo ,bardzo trudne, a mysle ,ze bez Boga i Jego pomocy,
      Jego siły, Jego uzdrowienia-czasem po prostu byłoby niemozliwe.
      Pozdrówkasmile
    • adzia_a Re: a bliźniego swego..... 30.06.04, 11:28
      Ja staram się odróżniać wkurzenie na bliźniego swego wink od permanentnej do
      niego niechęci.

      Nasz stosunek do drugiego człowieka ma jakby wielokrotne "dno" - na najwyższym
      poziomie są nasze reakcje na wygląd i zachowania tej osoby (siorbanie przy
      stole np wink ), później relacje uczuciowo - rodzinne, ocena moralna jej
      czynów,potem poglądy bardziej kontrowersyjne, później poglądy mniej
      kontrowersyjne, aż do odpowiedzi na pytanie "czy podałbym tej osobie pomocną
      dłoń" i na końcu "czy zrobiłbym tej osobie świństwo?"

      Nie wiem, czy to jasne, w kazdym razie chodzi mi o to, że nasze reakcje na
      komunikaty pochodzące od drugiego człowieka można poszeregować, od tych
      najbardziej dobitnych do tych mniej dobitnych. Póki na ostatnim i przedostatnim
      poziomie wszystko gra, póty daję sobie prawo do zmniejszonej tolerancji na
      bliźnich na wyższych poziomach...
      • jan33 Re: a bliźniego swego..... 06.07.04, 04:52
        Mamy nie tylko kochac Boga, ale i blizniego jak siebie samego. Co jest
        wazniejsze milosc wlasna czy milosc blizniego. Jak to pogodzic? Merton napisal,
        ze czlowiek zostaje odciety od siebie i od Boga przez duchowy egoizm. Nie
        mozemy kochac siebie, nie kochajac innych, nie jestesmy zdolni do milosci
        bliznich, jezeli jej nie mamy dla samych siebie. Ale samolubna milosc
        wlasnego "ja" odbiera nam zdolnosc kochania innych ludzi. Trudnosc tego
        przykazania tkwi w paradoksie, ktory kaze nam kochac siebie niesamolubnie,
        poniewaz nawet te milosc jestesmy dluzni naszym bliznim.
        Merton przez sluszna milosc samego siebie rozumie przede wszystkim chec zycia,
        przyjecie go jako wielkiego daru i wielkiego dobra, nie z powodu tego co ono
        daje, ale co pozwala nam dawac innym. Jest wiec rzecza najwyzszej wagi, zebysmy
        zgodzili sie zyc nie dla siebie - tylko dla innych ludzi. Jezeli to zrobimy,
        to przede wszystkim bedziemy umieli spojrzec w twarz naszym mozliwosciom i
        zgodzic sie na ich granice. Dopoki sie skrycie uwielbiamy, nasze braki nie
        przestaja nas dreczyc poczuciem rzekomego uposledzenia. Ale kiedy zaczniemy zyc
        dla innych, przekonujemy sie stopniowo, ze nikt nie spodziewa sie po nas,
        zebysmy byli "jako bogowie". Zobaczymy, ze - tak jak wszyscy - mamy nature
        ludzka, a wiec jej slabosci i braki i ze te nasze ograniczenia graja bardzo
        wazna role w naszym zyciu. Bo wlasnie z powodu nich potrzebujemy innych ludzi,
        a oni nas. Nie wszyscy mamy te same slabe strony, zastepujemy sie i dopelniamy
        wzajemnie, kazdy z nas dajac wlasnie to czego brakuje drugiemu.

        Latwo sie czyta, trudno realizuje w zyciu.

        • adzia_a Jak siebie samego 06.07.04, 08:31
          No właśnie.
          Popatrzmy, jak kochamy samych siebie, jaki mamy do samych siebie stosunek.
          Przecież czasem czujemy do siebie niechęć, czasem sami siebie rozczarowujemy,
          czasem myślimy o rany, szmata jestem...
          Ale zawsze dbamy o swoje dobro, o swój komfort, o swoje bezpieczeństwo, ale
          nigdy nie robimy sobie krzywdy.
          I o to chodzi. Nie palam miłoscią do pani z kiosku, która jest niemiła i
          wulgarnie się zachowuje, nie pałam żądzą bliższego jej poznania i spędzania z
          nią czasu wink ale nie odwrócę się od niej, jesli poprosi o moją pomoc, i zyczę
          jej dobrze. Myślę, że to wystarczy.
        • mama_kasia Re: a bliźniego swego..... 06.07.04, 11:24
          Miłość pojmuję tak bardzo poważnie i biblijnie.
          Nie ma dla mnie np. samolubnej miłości. To wtedy
          już nie jest miłość. Miłość jest dla mnie jednoznaczna.
          Kochać kogoś to przebaczać za każdym razem, to służyć
          sobą, ale to także nie zgadzać się ze złem, jakie czyni
          drugi człowiek, to także upominać.
          Doświadczyłam tego, o czym pisze jan33. Jest rzeczywiście
          "rzeczą najwyższej wagi, żebyśmy zgodzili się żyć nie dla
          siebie - tylko dla innych ludzi". To piękne, ważne i możliwe.
          Tylko to każdego dnia trzeba się na to godzić, każdego dnia
          na nowo - trudne...
    • mamalgosia Re: a bliźniego swego..... 06.07.04, 15:34
      O, tak, to bardzo trudna sprawa. Szczególnie jeśli ten bliźni regularnie depta
      nam po odcisku.
      Rozmawiałam o tym z mooim spowiednikiem i powiedział, ze miłość bliźniego może
      mieć różne odmiany. Jesteśmy ludźmi i nie możemy nakazać czegoś swoim uczuciom,
      tak więc możemy kogoś nie lubić. Wtedy miłość bliźniego ma się objawiać
      modlitwą za tego kogoś, niedokuczaniem mu, a czasem nawet unikaniem go - jeśli
      wiemy, że każde spotkanie rodzi kłótnię.
      Tak więc głowa do góry i miłujmy nawet swoich nieprzyjaciół
      • aetas Re: a bliźniego swego..... 07.07.04, 19:26
        "Miłość bliźniego byłaby o wiele łatwiejsza, gdyby ów bliźni nie był tak
        blisko..."
        gosia
    • mader1 Re: a brata / siostre swoja..... 25.07.04, 23:50
      ... jak blizniego, jak siebie samego smile Czemu taka trudna jest milosc do
      brata i siostry ? Czemu te dzieciaki sie kloca ? Czemu tak czesto slyszy sie o
      klotniach miedzy rodzenstwem ?
Pełna wersja