Małżeństwo, zdrada, rozwód

12.07.04, 12:51
Wklejam dwa linki, zebysmy mogli sobie podyskutowac nad malzenstwem i jego
nierozerwalnosci. Były juz podobne tematy, ale interesuje mnie Wasze
stanowisko w tych konkretnych sprawach.
Mnie nasuwa sie tylko jedno stwierdzenie: zyjemy w czasach, ktore mozna
porównac do schyłku cesarstwa rzymskiego: rozpusta i brak moralności. Ludzie
wolą łatwe rozwiązania i brak odpowiedzialności za wszystko, a tym bardziej z
adruga osobę. Kryzys mężczyzny jako głowy rodziny, który woli wymienic
patnerkę na nowszy model (a czasami vice versa)

forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=571&w=13746753
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=571&w=13539129
(15) Pij wodę z własnej cysterny i wodę świeżą z własnej studni! (16) Czy
twoje źródła mają wylewać się na zewnątrz, a twoje strumienie na place? (17)
Do ciebie samego mają należeć, a nie do obcych równocześnie z tobą! (18)
Niech będzie błogosławiony twój zdrój, a raduj się z żony twojej młodości!
(19) Miłej jak łania, powabnej jak gazela! Niech jej piersi zawsze sprawiają
ci rozkosz, upajaj się ustawicznie jej miłością! (20) Dlaczego, synu mój,
masz się rozkoszować obcą i ściskać pierś cudzej? (21) Gdyż przed oczyma Pana
jawne są wszystkie drogi człowieka i On zważa na wszystkie jego ścieżki. (22)
Bezbożny plącze się we własnych nieprawościach, wikła się w pętach swego
grzechu. (23) Umrze z powodu braku karności i z powodu wielkiej swojej
głupoty zbłądzi.
Księga Przysłow 5
    • anndelumester Re: Małżeństwo, zdrada, rozwód 12.07.04, 13:58
      darcia73 napisała:
      > Mnie nasuwa sie tylko jedno stwierdzenie: zyjemy w czasach, ktore mozna
      > porównac do schyłku cesarstwa rzymskiego: rozpusta i brak moralności.
      Darciu, chyba Cię nie pocieszę, ale patrząc na dzieje naszej cywilizacji oraz
      cywilizacji wczesniejszych i równoległych , rozpusta jak to nazywasz była
      zawsze smile)))) Tak jak morderstwa, wojny, dzieciobójstwo, zdrady i takie tam
      podobne dyscypliny społeczne ...
      A żeby w późnym cesarstwie jakoś bardziej się starali ?? Jakoś nie wydaje mi
      się wink Tyle wtrętu historyka.
      A poza tym myslę że kwestia dobrego małżeństwa, związku, relacji, to kwestia
      doboru odpowiednich ludzi i relacji między nimi. Przede wszytkim dbania o te
      relacje i więzi. A tego nikt i nic, oprócz zainteresowanych, nie zagwarantuje
      stautowo, regulaminowo, ani w punktach itp. Nie wiem co to znaczy, kryzys
      mężczyzny jako głowy rodziny. Albo ktoś jest normalny i odpowiedzialny albo
      nie. Kobiet też to dotyczy. Prosta sprawa.
      A przy kryzysach związków zazwyczaj wina jest tak pół na pół. Bo ja nie mam
      jakoś zaufania do opowiesci w stylu jedno absolutnie niewinne, niczego się nie
      spodziewało a drugie swinia skończona.....
      a.
      • adzia_a Co do tych "gorszych" czasów... 12.07.04, 14:42
        ...to zgadzam sie z Ann, kiedyś to dopiero było...i takie skoki w bok też- ale
        nikt o tym nie mówił, zdradzani cierpieli w milczeniu, w imię utrzymania
        rodziny...

        To, co jest jakimś tam novum to fakt coraz większej akceptacji dla
        niewierności - zapewne w imię tego, że czemu mielibyśmy sobie odbierać nowe
        doznania, prawda? Nawet ostatnio przeczytałam na okładce jakiejś tam
        gazety "Jak zdradzamy, żeby się nie wydało". Czekam na kolejne porady - "Jak
        kradniemy, żeby nas nie złapano za rękę" i "Jak molestować i nie wpaść".
        • darcia73 Re: Co do tych "gorszych" czasów... 12.07.04, 15:08
          adzia_a napisała:

          >To, co jest jakimś tam novum to fakt coraz większej akceptacji dla
          > niewierności - zapewne w imię tego, że czemu mielibyśmy sobie odbierać nowe
          > doznania, prawda? Nawet ostatnio przeczytałam na okładce jakiejś tam
          > gazety "Jak zdradzamy, żeby się nie wydało". Czekam na kolejne porady - "Jak
          > kradniemy, żeby nas nie złapano za rękę" i "Jak molestować i nie wpaść".


          Myślę, podobnie. W społeczenstwie jest większe przyzwolenie na niewierność i
          wymianę partnerów. Ludziom nie chce pracowac się nad związkiem a kiedy
          przychodzą duże problemy łatwiej jest wskoczyć w objęcia kochanki lub kochanka
          i stwierdzić: a bo to Twoja wina, bow ina leży po obu sytronach. Włąśnie ta
          śpiewka i "psychoterapeutyczne" usprawiedliwianie" niewierności. ale zobaczcie
          jakie to ma następstwa. Rozbite rodziny, gdzie ta eks zona uwazana jest za
          pasozyta (poczytajcie sobie forum macochy), która chce wykorzystać biednego
          ojca egzekwując alimenty. Nikt nie zwraca uwagi na uczucia porzuconej kobiety,
          jest tylko zjadliwośc typu: to Twoja wina, bo byłaś głupia, mało atrakcyjna,
          nie starałaś się, bo przecież wina leży po dwoch stronach. W statystykach
          pzrewazają rodziny rozbite przez mężczyznę, który odszedł do innej. Zreszta
          sama jestem przykąłdem zdradzonej kobiety, która na szczęscie potrafiła ułożyć
          sobie życie na nowo. I dlatego nikt nie wmówi mi wyświechtanej spiewki, ze to
          wina kobiety, ze mąz ją opuścił. Moj eks, kiedy opadły już wszytkie emocje
          związane z naszym rozstaniem, sam to stwierdził. Przyczyną zdrady w naszym
          przypadku było znudzenie i chęć doświadczenia czegoś nowego. I niestety ten
          hedonizm jest coraz powszechniejszy.
        • anndelumester Większa akceptacja? 12.07.04, 15:13
          To nie jest novum, akceptacja dla zdrady, jestem sobie po lekturze historii
          zycia prywatnego i smiem twierdzic że teraz jest wieksza nieakceptacja
          społeczna na zdrady. Jak mąż zdradzi - pani to publicznie na forum napisze,
          kolezankom powie pana za drzwi, rozwód, odebranie praw ojcowskich, nowy mąż...
          A jeszcze 60 lat temu, pan miał oficjalną flamę nr 1, nr 2 korzystał z uciech
          lupanaru, a biedną zonę, która wiadomo ani zawodu ani pracy ani pieniedzy mógł
          jeszcze zarazić tym i owym...Podobnie z traktowaniem panien słuzących, dziewek
          dopomocy chłopek pańszczyźnianych (por. prawo pierwszej nocy smile
          Teraz raczej nie ma oficjalnych konkubin, faworyt. Które były normą przez wieki
          w różnych stanach, w zależności od majatku...
          Są nawet teorie że swoboda seksualna np. na wsi była jeszcze w XIX wieku
          większa..Dziwne prawda? Podobnie było z wykorzystywaniem dzieci, i to raczej w
          XX wieku poprawił się ich los...
          Nam się teraz wydaję, ze to sa novum - bo obieg infoirmacji jest strasznie
          szybki. Otwierasz internet pudełko TV i masz kto komu, kiedy z kim...
          A przed II wojną, czy nawet przed TV tego nie było. Nie było kolorowych gazet,
          nie było FaKTU i SE , które się musiały scigac...Oczywiście były jakieś
          bulwarówki ale i czytatych było znacznie mniej. Rzadko brudy domowe wychodziły
          w tak spektakularny sposób...
          Inna sprawa jak my indywidualnie podchodzimy do naszych związków ...smile
          • adzia_a Re: Większa akceptacja? 13.07.04, 08:36
            anndelumester napisała:

            > Są nawet teorie że swoboda seksualna np. na wsi była jeszcze w XIX wieku
            > większa..Dziwne prawda?

            A wiesz, mnie to akurat nie dziwi, mogę to sobie wyobrazić - a źródło mojej
            wiedzy może i kuriozalne jest, ale...posłuchajcie sobie przyśpiewek weselnych,
            zrozumiecie o co chodzi wink Bynajmniej nie o małżeńskim seksie tam mowa wink))))
            coś musi być na rzeczy.

            Z tą akceptacją trochę nie o to mi chodzi. Na pewno "po cichu" robiło się
            świństewka, natomiast "jak się wydało" to było to określane jednoznacznie jako
            złe. Inna sprawa, że najczęściej ofiarą osądów i potępienia padała kobieta,
            nierzadko matka nieślubnego dziecka sad A teraz wartością nadrzędną jest
            mnogość doświadczeń seksualnych za wszelką cenę, nawet za cenę cudzej krzywdy.
            Coś nie wychodzi? No to bye bye, lepszy model czeka wink

            Generalnie określanie zła jako dobra to rzeczywiście nie jest wymysł
            współczesnych czasów, niemniej jednak oczekiwać by można, że z rozwojem
            cywilizacji wzrośnie też i morale. Pudło, niestety. To jest w ogóle temat
            szerszy i nie dotyczy tylko zdrady, z trwogą obserwuję, że ludzie się ostatnio
            nie wstydzą być przyłapanymi na kłamstwie, oszustwie, że dane słowo nic nie
            znaczy...
            • anndelumester Tak, nie ma już dobrego zwyczaju palnięcia 13.07.04, 10:21
              sobie w łeb, jak się straciło honor.
              Gdyby tak było, nasze elity społeczno polityczne leżały by we krwi skapane
              pokotem smile)
              > niemniej jednak oczekiwać by można, że z rozwojem
              > cywilizacji wzrośnie też i morale.
              nie mam złudzeń..
    • maadzik3 Re: Małżeństwo, zdrada, rozwód 13.07.04, 10:39
      Faktycznie kiedys przyzwolenie na rozbijanie malzenstw bylo z roznych powodow
      mniejsze, ale... wcale nie wiem czy to dobrze. Wynikalo to m.in. z
      ekonomicznego uzaleznienia kobiety, szans na awans i prace (np. rozwod i
      malzenstwo wojskowego dlugo mogly spowodowac zwolnienie z sluzby) i paru innych
      takich rzeczy. Jestem jak najbardziej za odpowiedzialnoscia za zycie swoje,
      wiez z partnerem/ partnerka, zapewnienie domu dzieciom - ale to wszystko to
      troska o milosc, przyjaz, szacunek. A jak zabraknie tych uczuc, nawet po jednej
      stronie? Wolalabym (na szczescie teoratyzuje) byc samotna matka i rozwodka niz
      wracac do domu z drzeniem i bac sie meza, bac sie co powie przy dziecku (i nie
      tylko przy nim), byc samotna z kims obok, to lepiej byc po prostu samotna
      niczego nie udajac. Jednym slowem - dbajmy o rodzine, pracujmy nad tym,
      traktujmy milosc jak ciasto, wciaz wymagajace urabiania a nie jak kamien - dane
      raz na zawsze. Ale jesli nie ma juz nad czym pracowac, a kazdy dzien razem to
      pogarda, nienawisc, czasem jeszcze gorzej, to rozstanmy sie i cieszmy sie ze
      mozemy, bo kiedys bywalo to niemozliwe
      Magda
      • darcia73 Re: Małżeństwo, zdrada, rozwód 13.07.04, 23:40
        A jak zabraknie tych uczuc, nawet po jednej
        >
        > stronie? Wolalabym (na szczescie teoratyzuje) byc samotna matka i rozwodka
        niz
        > wracac do domu z drzeniem i bac sie meza, bac sie co powie przy dziecku (i
        nie
        > tylko przy nim), byc samotna z kims obok, to lepiej byc po prostu samotna
        > niczego nie udajac. Jednym slowem - dbajmy o rodzine, pracujmy nad tym,
        > traktujmy milosc jak ciasto, wciaz wymagajace urabiania a nie jak kamien -
        dane
        >
        > raz na zawsze. Ale jesli nie ma juz nad czym pracowac, a kazdy dzien razem to
        > pogarda, nienawisc, czasem jeszcze gorzej, to rozstanmy sie i cieszmy sie ze
        > mozemy, bo kiedys bywalo to niemozliwe

        Ale ta pogarda i nienawiść się nie biorą z niczego. Są pielęgnowane i podsycane
        przez "rogatego".
        Nie chodzi mi o patologie, kiedy kobieta staje się niewolnicą męża uzależnioną
        od niego finansowo. Coraz mniej osob chce pracowac nad związkim i tworzyć silną
        rodzinę, która oprze się wszelkim burzom. Brakuje wzorów i autorytetów. Jezlei
        w społeczenstwie jest coraz wieksze przyzwolenie na zdrade, bo przecietny Xiński
        uważa, ze jak zdradzi żonę, to jeszce nic zlego, bo coraz mniej osob go potepia
        a coraz więcej daje przyzwolnie na tego typu działania. Podwaza się podstawy
        istnienia rodziny, takiej na dobre i złe chwile, bo wygodniejszy jest wyrób
        jednorazowy: wykorzystac a jak szwankuje wyrzucić i poszukac nowego. Po co
        naprawiac, kiedy to niemodne?
        • anndelumester Re: Małżeństwo, zdrada, rozwód 14.07.04, 01:47
          Zwalanie na rogatego, brak autorytetów, społeczeństwo, telewizję, cywilizację ,
          ufo i plamy na słońcu jest łatwizną i lenistwem umysłowym IMHO. Winni są
          ludzie. Zgadza się, są osoby (bez względu na płeć) leniwe własnie, które
          uważają, że jak już raz dana rzecz jest dana, to tak bedzie na wieki. I nie
          trzeba się starać. Są osoby, które są zbyt wygodne by widzieć wcześniej
          ułomności kandydata/kandydatkę. Zbyt leniwe, by pewne rzeczy sprawdzić, a
          potem są problemy...
          Jestem przekonana, że w kwestiach relacji międzyludzkich, dobrze robi jak
          najmniej ogólników, szukania przyczyn zewnetrznych. Nalezy się skupic na sobie.
          U siebie zauważam co najmniej 10 stałych, różnych wad, które mojego partnera
          doprowadzają do szału, załamań nerwowych itp. Jego wad, w zalezności od
          sytuacji widzę 0-100...
          Gdzieś czytałam banalne, ale obrazowe porównanie zwiazku (dobrego) do zegarka,
          takiego, który trzeba codziennie nakręcać, czyścic, nosić do zegarmistrza. A
          jak się komuś nie chce, to nosi jednorazówki.... A że tandeta, kwestia
          wyrobienia estetycznego...
          • verdana Re: Małżeństwo, zdrada, rozwód 16.08.04, 22:46
            Eee, chyba niewiele się zmieniło, z jednym wyjątkiem. Kiedyś małżeństwo to nie
            był tak jak dziś związek dwojga kochających się ludzi. To była raczej umowa
            handlowa. Ani sam mężczyzna, ani sama kobieta nie mogli żyć w pojedynkę - bo
            zastanówcie się - same prace gospodarskie zajmowały czas co najmniej jednej
            osoby (a czesto i służby). Bo trzeba było zebrać chrust, napalić w piecu,
            naciągnąć wody, wydoić krowę (albo iść daleko na rynek po mleko), zagnieść
            kluski - i to wszystko przed śniadaniem. Samo pranie zajmowało dzień w
            tygodniu. A jeszcze dzieci, sprzatanie (wyobraźcie sobie zmywanie bez
            detergentów i ciepłej wody). A mężczyzna w tym czasie zarabiał na chleb. I
            żadna ze stron nie była w stanie w pojedynkę i się utrzymać i dom prowadzić.
            Stąd też zdrada nie zdrada, bije nie bije, kochają się czy nienawidzą - do
            rozwodu nie dochodziło, bo rozwód uniemożliwiał normalne zycie. (Przypomnijcie
            sobie lektury, choćby z XIX w. - tam "stare panny" mieszkają "przy rodzinie" -
            przeciez nie dlatego, ze kochają rodzinę, ale dlatego, ze same sobie rady nie
            dadzą.
            Na zdradę mężczyzn patrzono przez palce. Na zdradę kobiet nie - bo przecież w
            wyniku tego mogło pojawić się dziecko, które nieświadomy niczego mąż musiał
            utrzymać! (Choć np. w Rosji raczej normalne było posiadanie kochanka przez
            mężatki - nigdy panny).
            I czy naprawdę to było lepiej? Tysiące małżeństw, żyjących razem z przymusu, ze
            strachu przed nędza i niewygodą?
            Nie popieram "łatwych" rozwodów, szczególnie, gdy są dzieci. Ale może to czasem
            i lepiej, ze taka możliwość istnieje.
      • adzia_a Re: Małżeństwo, zdrada, rozwód 14.07.04, 08:07
        maadzik3 napisała:

        > Faktycznie kiedys przyzwolenie na rozbijanie malzenstw bylo z roznych powodow
        > mniejsze, ale... wcale nie wiem czy to dobrze. Wynikalo to m.in. z
        > ekonomicznego uzaleznienia kobiety, szans na awans i prace (np. rozwod i
        > malzenstwo wojskowego dlugo mogly spowodowac zwolnienie z sluzby) i paru
        innych
        >
        > takich rzeczy.

        To prawda, to jest druga strona medalu. Dodam do tego jeszcze fakt, że osoba
        zrywająca związek, nawet patologiczny była poddawana miażdżącej krytyce,
        potępieniu, ostracyzmowi społecznemu...

        Orson Scott Card, napisał kiedyś coś w tym rodzaju: "Tylko jeden rabi odważył
        się wymagać od nas równowagi tak doskonałej, żebyśmy przestrzegali porządku
        społecznego, jednocześnie przebaczając tym, którzy go łamią. Więc oczywiście -
        zabiliśmy go" (nie wiem, czy dopkłądnie cytuję, raczej nie, ale sens
        zachowany). Zauważyłam, że społeczeństwo, dążąc do oddzielenia oceny człowieka
        od oceny czynu przesunęło się jakby na drugi biegum. Kiedyś było: "robisz źle
        => jesteś zły", teraz: "jesteś dobry => robisz dobrze". Kiedyś się potępiało
        czyn i człowieka, teraz mniej potępia się człowieka, ale i coraz częściej nie
        potepia się czynu.

        Znowu mi się wepchały w wątek refleksje ogólne, ale fakt przyzwolenia na zdrady
        jest IMHO tylko jednym z wątków ogólnej tendencji przyzwolenia na zło w ogóle i
        wpasowuje się idealnie we współczesny relatywizm moralny.

        I nie ma znaczenia, że ten relatywizm zawsze był - ale przynajmniej kiedyś
        ludzie się wstydzili pewnych czynów, a teraz...
        • berek_76 Re: Małżeństwo, zdrada, rozwód 12.08.04, 12:25
          Adzia, to ja się pod Tobą pod piszę w 100%. Właśnie to coraz większe
          przyzwolenie dla złych czynów mnie przeraża. Nie wolno mi protestować przeciwko
          kłamstwom, brudnym słowom, oszustwom, złodziejstwu, zdradzie... bo mogę uzrazić
          tego, kto się ich dopuścił.

          Mnie się ten problem wydaje istotny szczególnie w świetle wychowania dziecka.
          Jak wychować dzieci tak, żeby z jednej strony szanowały ludzi i umiały wybaczać,
          ale z drugiej strony miały chęć i siły przeciwstawiać się złu? Skoro dzisiaj
          może to zostać nie tylko uznane za sprzeczne z political correctness, ale do
          tego niewspółczesne i w ogóle pożałowania godne. Jak je nauczyć, że warto?

          A w ogóle witam szanownych państwa smile Miło mi dołączyć do grona dyskutantów
          • adzia_a Re: Małżeństwo, zdrada, rozwód 12.08.04, 12:49
            Berek smile))))))))
            Tak się cieszę, że tu zawitałaś smile)))))
    • lafonte Re: Małżeństwo, zdrada, rozwód 16.08.04, 22:30
      Dawniej, wobec praktycznie jedności religijnej (np w średniowieczu) była powszechna zgoda na to co jest dobrem a co złem. I ludzie oczywiście grzeszni byli i będą ale zło nazywane było po imieniu. Dziś nie ma zgody na to, co jest dobrem, co złem. Może tych grzechów było nawet więcej ale nikt nie czynił z odstępstwa reguły - dziś rozwód jest normalny, powiększona rodzina - normalna a poprawność polityczna nakazuje nie spierać się z kimś, kto ma odmienną koncepcję dobra.
      Myślę, że w pewnym sensie masz rację - obecnie podobnie jak w starożytności panuje wielość religii i powszechne przekonanie o ich równości - ten kto wierzy w Chrystusa i stara się żyć po chrześcijańsku jest traktowany równorzędnie z tym, kto szuka ziemskiego szczęścia i dąży do samorealizacji - takie czasy. Tylko, że moim zdaniem większa wolność sprawia że wiara staje sie prawdziwą wiarą, nikt juz bowiem nie jest zmuszany przez otoczenie do kierowania się zewnętrznie na pokaz jakimis regułami. Wybór religii i religijnej drogi jest coraz bardziej świadomy. No, przynajmniej powinien być. I chyba nic nie tłumaczy ludzi, którzy przysięgali wierność do końca życia, a potem jak przysięga przed Bogiem przestała być wygodna potraktowali ją jak umowę cywilną, którą mozna rozwiązać.
      Mam tylko taką małą uwagę do forum, do którego nas odsyłasz. Obok porzuconych żon jest tam wiele (i to chyba o wile więcej) samodzielnych nieodpowiedzialnych, które dzieci mają poza małżeństwem (i dziwią się, dlaczego trafiły na równie nieodpowiedzialnych partnerów)
      • darcia73 Re: Małżeństwo, zdrada, rozwód 16.08.04, 23:29
        lafonte napisała:

        > Mam tylko taką małą uwagę do forum, do którego nas odsyłasz. Obok porzuconych
        ż
        > on jest tam wiele (i to chyba o wile więcej) samodzielnych
        nieodpowiedzialnych,
        > które dzieci mają poza małżeństwem (i dziwią się, dlaczego trafiły na
        równie
        > nieodpowiedzialnych partnerów)

        Nie odsyłam do forum, tylko do konkretnych przypadkow związnych z malzenswem i
        zdrada, ktore mialy posluzyć do dyskusji nad tematem
        Co do dziewczyn, ktore mają pozamałzenskie dzieci - to chyba inna kwestia i ja
        ich nie potepiam. Sama wiem, ze dopiero macierzyństwo jest w stanie zmienic
        sposob patrzenia na życie i w jednej chwili zrobić z nierozsądnej panienki
        kobietę walczącą o dobro swojego dziecka.
        • woy1 Re: Małżeństwo, zdrada, rozwód 17.08.04, 02:17
          Dobrze, ze ktos poruszyl watek rodziny, bo ona jest podstawowa komurka i mozna
          powiedziec, ze od niej wszystko sie zaczyna. Czytalem wczesniejsze posty i
          widze, ze dyskusja o upadku w porownaniu do Cesarstwa lub nie. Nie wiem czy
          jest sens porownywac do czegokolwiek ale moge stwierdzic, ze jest zle. Dlaczego?
          Nie da sie tego ujac w krotkim poscie. Ale jak stwirdzilem wczesniej, ze
          wszystko zaczyna sie od rodziny wiec i w tym wypadku od niej sie zaczyna.
          Poprzekrecalismy chyba znaczenia slow takich jak ojciec i co sie z tym wiaze,
          matka i co sie z tym wiaze. Naraze sie tutaj wojujacym feministkom, ale to
          prawda moje panie mowcie co chcecie ale nie ma rownosci plci, oczywiscie jezeli
          chodzi o role do spelnienia, nie przed Prawem, czy Bogiem. Jestescie wyposazone
          w inne tzw. instrumenty w waszej psychice i ciele niz my mezczyzni, po to
          zebysmy mogli sie uzupelniac a nie wykonywac to samo bo efekty beda mizerne.
          W Polsce nie ma problemu z kobietami, problem jest z mezczyznami, dlatego tak
          kiepsko jest z przywodcami w rodzinie, kosciele i panstwie. W domach w
          wiekszosci rzadza mamusie, ktore dogadzaja swoim syneczkom, potem synowa ma
          problem bo caly czas musi konkurowac z tesciowa, a jeszcze maz leci z problemem
          do mamy. Moze pokazuje to w sposob karykaturalny ale cos w tym jest. Obserwujac
          pary, ktore przechodza kryzysy widze, ze podstawowym problemem jest to, ze
          facet nie zna swojej roli jaka ma do spelnienia zakladajac rodzine, dlatego
          pojawiaja sie potem teksty o "wymianie na nowy model" bo nie sa na tyle mescy
          zeby " stary" utrzymac w takiej formie, ze przewyzszy swoja wartoscia nowe.
          Jaka jest recepta, zacznijmy od samych siebie w naszych rodzinach, przekazujmy
          naszym dzieciom wlasciwe wzorce zeby one nie mialy w przyszlosci tego typu
          problemow.
          Pozdrawiamsmile
          • netus Re: Małżeństwo, zdrada, rozwód 17.08.04, 09:38
            Mam przyjaciółkę. Jest od 14 lat mężątką. Nasze małżeństwa można okreśłić tak
            są mocno zaprzyjaźnione. Mamy wspólne korzenie - byliśmy razem we wspólnocie.
            Małżeństwo naszych przyjaciół długoi się rozwalało. Powoli, detale o tym
            wskazywały. Wreszcie on odszedł od Kościoła- mają dzieci, zaczał znikać z
            domu , nie wiadomo było co robi, gdzie i z kim(!). Nie informował o niczym
            zony. Wreszcie kazał się wyprowadzić, albo sam odejdzie. Wzięła dzieci i
            odeszła. Była zdruzgotana. Ale wierzyła w to małżeństwo. Wierzyła zupełnie bez
            sensu- irracjonalnie. Mówiła, że wybaczy zdrady, to wszystko co jest. Bo kocha.
            A kocha nie na dobre, ale też na złe. Wszyscy cierpieliśmy z jej cierpienia.
            Byłam z nią bardzo dużo wtedy. Kładłam spać swoje dzieciaki i jechałam do niej.
            Siedziałyśmy razem i opłakiwałyśmy to do późna. Modliłysmy się, chociaż ona bez
            słów. Mowiła, teraz rozumiem Jezusa. Jak wisiał na krzyżu z odrzuconą
            miłością.Ten okres pamiętam jak się pamięta ślub własny, narodziny dziecka. Tak
            silne przezycie, chociaż tragiczne. Wspólnota nasza podjęłą post o chlebie i
            wodzie w piątki. Pisze to nie po to żeby sięchwalić, ale po to że podzielić sie
            że Pan Bóg jest miłosierny i on do niej wrócił. Do dzieci wrócił. Spędzają dużó
            czasu razem, jak jedziemy tam, nie możemy przestać dzięować za ten dar łaski.
            On nie wrócił do Kościoła. Na razie wrócił do rodziny. Wierzymy, ze Pań Bóg
            złamie jego zatwardziałe serce. Ciągle napotyka na ogromne trudności- wierzę,
            ze to są katechezy Jezusa, które mają go doprowadzić żeby upadł na kolana. On
            nie przystepuje do sakramentów. Jest rozmowny, otwarty jak kiedys za dawnych
            czasów. Jesteżmy z nimi razem, bo pomimo tych strasznych rzeczy, pewnie kochamy
            tę przyjaźń.
Pełna wersja